Pierwszy dzień zapowiadał się dobrze. Nawet bardzo dobrze.
To było
absolutnie surrealistyczne : stałam pośrodku oszałamiającego,
migoczącego kolażu złożonego z projektantów, traktowanych jak popychadła
przez długonogie, odziane w czerń redaktorki, podczas gdy w tle
szumiały modemy, dźwięczały telefony i rozbrzmiewał francuski akcent.
Modelki
przyszły na sesje próbne i ktoś fotografował polaroidem ich szczupłe,
lśniące twarze. Torebki z krokodylej skóry, o Hermésa, Valentino,
Chanel i Marca Jacobsa, zebrano w jednym miejscu do zdjęć, które miały
stanowić ilustrację do artykułu o dodatkach ze skór gadów.
Uzbrojeni
strażnicy z MacKay UOD, z walizeczkami przykutymi kajdankami do
przegubów rąk, przenosili klejnoty do artykułu Brylanty najlepszymi
przyjaciółmi kobiety, a fotograf w berecie kłócił się głośno z
redaktorem odpowiedzialnym za sesję, o wynajęcie od zoo całego wybiegu
dla niedźwiedzia na potrzeby dziesięciostronnicowego artykułu o
najlepszych futrach na zimę.
Znajdowałam się w pełnym szaleństwa
biurze magazynu Illusion - najlepszego pisma o modzie i popkulturze,
biblii estetów, przewodniku modnych dziewczyn po tym, co jest trendy, co
nosić, czego słuchać, a nawet co jeść (np. węglowodany = samo zło).
Wokół kalejdoskopowa mieszanka hipsterów, kociaków i bufonów, a wszyscy -
jeden przez drugiego - trajkotali przez malutkie komóreczki z
napięciem, którego można by się spodziewać w Pentagonie niż w CondeNast -
firmie wydawniczej. Ale w biurze ze stali i szkła, zaprojektowanym
przez Ghery'ego , gwar i rozmowy o zbliżających się terminach były
ogłuszające.
Na przykład ciężarówka przywiozła na St. Bart's
niewłaściwe kostiumy bikini, wizażystka wrzeszczała na makijażystkę, że
źle wyregulowała brwi modelce, a pager przekazywał informację o tym, że
jedna z sukienek Missoni ma rozdarcie. Wszędzie dookoła działo się coś
dramatycznego.
Nie dziwiłam się mamie, że kochała swoją pracę. Choć z
drugiej strony jaki jest sens w tym, że człowiek po kilkudziesięciu
latach tak niewolniczo oddanej pracy będzie mógł oznajmić z dumą, że
siedzi w pierwszym rzędzie pokazu Chanel i po drodze załapał się na
kilka darmowych torebek od Prady.
A ja właśnie zjawiłam się na
wstępne spotkanie w sprawie letniego stażu w słonecznym pokoju
konferencyjnym ze szklanymi ścianami. Usiadłam na jednym z wolnych
miejsc i czułam, jak mocno bije mi serce. Taca z ciasteczkami i rogalami
pozostała nietknięta, choć w sali zaczęło robić się tłoczno.
Obok mnie siedziała dwójka moich towarzyszy : Max i Zoe.
Kiedy
zaczęło się spotkanie, każde z nas musiało się przedstawić. Na przykład
: ''Max Irons. Zodiakalny Byk. Z Brooklynu. Skacowany.'' Moja
przyjaciółka zachichotała.
Ja nie miałam do powiedzenia nic ciekawego
: ''Olivia Vega z Manhattanu.'' Być może byłam przewrażliwiona, ale kiedy wymieniłam nazwisko mamy, (które na marginesie, specjalnie wybrałam) po sali przeszła fala zdziwienia, a tuż za nią fala gorączkowych szeptów. Wymsknęło mi się też, że ''nie mogę się
doczekać'' żeby poznać tych ludzi, i w tej samej sekundzie, w której
słowa wybiegły z moich ust jak na chmurkach w komiksie, uświadomiłam
sobie, że zabrzmiało to jakbym była rozentuzjazmowaną dwunastolatką
przed okresem dojrzewania. No trudno. Kiedy wszyscy skończyli, każdy z
redaktorów wyjaśnił, jakim działem się zajmuje, a wtedy Alida Jenkins,
dyrektorka, zaczęła opisywać na jakiej zasadzie działa program dla
stażystów.
Mówiła już od jakiś dziesięciu minut, kiedy nagle drzwi
otworzyły się z impetem. W progu stanęły trzy bardzo dobrze ubrane
dziewczyny. Miały idealne włosy, każda inne. Pierwsza z lewej miała
ciemnobrązowe, sprężyste loki z jasnobrązowymi pasemkami, środkowa
cudownie proste włosy do pasa, w miodowym odcieniu (takie jak Heidi
Klum), a ta z prawej miała płomiennorude włosy, ścięte na
postrzępionego boba. Wszystkie trzymały w ręku największe kubki z kawą
ze Starbucksa i sprawiały wrażenie, jakby śmiały się z jakiegoś żaru,
który był tak zabawny, że nie mogły przestać chichotać, nawet kiedy
zauważyły, że spotkanie już trwa.
Ja bardzo bym się speszyła, gdybym
narobiła takiego zamieszania, że wszystkie głowy zwróciłyby się w moją
stronę, ale te panienki w ogóle się niczym nie przejęły.
- O mój
Boże, Alida! Zaczęłaś bez nas ? - zapytała blondynka. Spojrzała na swój
zegarek Carter, jak udało mi się dostrzec nawet z daleka. - LeeLee,
dlaczego nie powiedziałaś, że już piętnaście po dziesiątej ? - rzuciła
oskarżycielskim tonem do tej, która wyglądała jak krótko ścięta Rita
Hayworth.
Kto z takim zegarkiem musiał pytać przyjaciółkę o godzinę ?
- W porządku, Anitgone. Wejdź. Dopiero zaczęliśmy. - oznajmiła Alida, uśmiechając się nerwowo.
-
Baaaaaaardzo przepraszamy. - odezwała się ciemnowłosa. Ta, wyglądająca
jak Heidi, najwyraźniej przywódczyni grupy, podeszła do Alidy i
zamarkowała całusa. Następnie zamiast usiąść, odwróciła się, żeby
spojrzeć na stażystów zgromadzonych w sali.
- Na pewno ominęła mnie
ta cała zabawa z imionami, więc przedstawię się teraz. Nazywam się Tiggy
Ravitz. To mój drugi letni staż tutaj, studiuję w Brown.
Rozejrzała
się wokół, żeby upewnić się, że wszyscy słyszeli. Rzuciłam okiem na jej
przyjaciółki, przekonana, że teraz one dadzą występ, ale Anitgone nie
dała im szansy. Tak na marginesie, to jak nienormalnym trzeba być, żeby
dać tak na imię własnemu dziecku ?
-Słuchajcie - ciągnęła - Chciałam
tylko powiedzieć, że pewnie w tej chwili jesteście podenerwowani, ale
nie martwcie się. Wszyscy tutaj są bardzo mili i dlatego to jest
najlepsze pismo na całej planecie, więc wyluzujcie. Oczywiście każą nam
ciężko pracować, prawda, Alida ? - Nie zrobiła nawet najmniejszej pauzy,
żeby dać dyrektorce szansę na odpowiedź. - Ale będzie warto. To
najskuteczniejszy sposób, żeby się wkręcić, jeśli chcecie pracować w
świecie mody.
Nie brakowało jej tupetu. To, co powiedziała, było w
zasadzie neutralne, ale sposób i ton przemowy wydawały się, no nie wiem,
jakieś takie obraźliwe. Ta jej pewność siebie ! I protekcjonalne
zachowanie. Tak, jakby to wszystko należało do niej.
- Oddaję Ci już
głos Alida, ale pozwól, że jeszcze przedstawię swoje przyjaciółki. One
nie znoszą przemawiać publicznie. To jest Drew Tanaka - wskazała na
dziewczynę o azjatyckim typie urody - a to Eliza Klein. - pokazała na
sobowtór Rity Hayworth.
Obie dziewczyny spuściły oczy i skrzywiły się lekko.
- Przywitajcie się! -poleciła im Tiggy.
Przyjaciółki
wymamrotały coś cicho i blondynka uśmiechnęła się lekko, jakby chciała
powiedzieć: ''Ach, te dziewczyny'', a potem wszystkie trzy usiadły
- Okej, kontynuujmy. - odezwała się Alida.
Spotkanie
potoczyło się dalej i dyrektorka wyjaśniała przepisy BHP i wszystkie
inne sprawy. Słuchałam uważnie, ale co jakiś czas moje oczy wędrowały ku
Antigone, Drew i Elizie. Już same ich postacie onieśmielały.
Gdy spotkanie zaczęło dobiegać końca, ton Alidy zabrzmiał poważnie.
- I wreszcie chciałabym oznajmić, że od koniec dnia zostaniecie przydzieleni do biur różnych redaktorów. Po wyznaczeniu wam redaktora prowadzącego nie ma już szans na zmianę, chyba, że sam redaktor o to poprosi. Ale jest jedno stanowisko, które nie zostanie dziś obsadzone, najbardziej atrakcyjne stanowisko : młodszej asystentki Ariadny Vega, redaktor naczelnej. - Alida wymówiła imię mojej mamy z nabożną czcią. - O tym zadecydujemy za dwa tygodnie i weźmiemy pod uwagę wyniki waszej pracy. To bardzo odpowiedzialne zajęcie i tylko jedno z was może je otrzymać. Choć jest to wielkie wyzwanie, nigdzie nie można nauczyć się tyle co pod okiem Ariadny. - Masz absolutną rację, paniusiu. Myślisz, że skąd te moje wszystkie dobre oceny ? - Sugeruję więc, żebyście włożyli maksimum wysiłku tam, gdzie zostaniecie przydzieleni, bo to jedyny sposób, by mieć szansę na pracę w biurze redaktor naczelnej.
Od razu postanowiłam, że by dostać się do biura mamy. Dla mnie oznaczało to wejście na szczyt. Utratę życia również, ale tym postanowiłam przejmować się później. Zamierzałam ciężko pracować przez następne kilka tygodni, brać dodatkowe zajęcia, proponować wszystkim pomoc i zrobić tyle, ile się da, żeby zdobyć to stanowisko.
Antigone podniosła rękę i Alida skinęła głową.
- W zeszłym roku Aria przyjęła dwoje stażystów, czemu w tym roku jest inaczej ? - zapytała nadąsana.
Bo w tym roku znalazła kompetentną asystentkę przed stażem, snobko. - chciałam jej powiedzieć. Skoro jest taka obeznana, dziwiło mnie, że tego nie wie.
- Uznała, że było z tym zbyt dużo zamieszania. - wyjaśniła Alida. Że co ?!
- Ona jest taka zakręcona - przyznała Tiggy z wyraźną czułością - Okej, dziewczyny - dorzuciła, wstając i dając znak przyjaciółkom, by też się podniosły.
Alida wydawała się zaskoczona i rozzłoszczona tym, że Tiggy zakończyła w ten sposób spotkanie. Nie odezwała się jednak i sama wstała.
- Lista, na której możecie zapisać się do biur poszczególnych redaktorów jest tam. - wskazała ręką odległy kąt sali.
Tiggy i jej świta szły już do wyjścia.
- Ja pracuję u Ciebie Alida. - rzekła Antigone z uśmiechem. - Drew przydzieliłam do Stef, a Elizę do Nigela. - dodała tonem bardziej rozkazującym, niż proszącym.
Alida skinęła głową, ale zmarszczyła brwi. Ewidentnie nie zachwycało jej to, że Tiggy znowu będzie dla niej pracować.
Gdy tylko jasnowłosa i stado jej gąsek wyszły, wszyscy odetchnęli z ulgą i pognali do kąta, w którym leżał formularz zapisów. Czyżby wiedzieli już coś o tym, kto jest miły, a kto nie? Bo ja z pewnością nie miałam pojęcia.
- Do kogo się zapisujesz? - spytałam Maxa.
- Do Warrena Franka. Dba o fotografów. Co prawda słyszałem, że zachowuje się jak primabalerina, ale myślę, że sobie poradzę. - odparł, mrugając porozumiewawczo do Zoe. Ta w zamian dała mu kuksańca.
- A ty ? - zwróciłam się do przyjaciółki.
- Nie ma za dużego wyboru, ale do Viv Mercer, ona prowadzi sesje.
Rzuciłam okiem na listę. Została tylko CeCe Ward, która zajmowała się rezerwacjami i podobno była okropna, oraz jakaś babka, Mary-Elizabeth Fillerton, która przeprowadzała weryfikację danych i informacji. Nie miałam zamiaru utknąć na całe lato w pokoju i siedzieć przy komputerze, sprawdzając, w którym roku Cindy Crawford i Richard Gere się rozwiedli albo coś równie nudnego. Wzięłam głęboki oddech i zapisałam się do CeCe, modląc się by plotki o jej rzekomym okropieństwie okazały się przesadzone. Ale to i tak nie miało znaczenia, bo planowałam pracować u niej tylko dwa tygodnie, a potem przejść do biura redaktor naczelnej.
Kiedy wszyscy wyszli, przyłączyłam się do Maxa i Zoe.
- O co chodziło z tą Tiggy ? Zachowywała się, jakby to wszystko należało do niej. - zażartowałam.
- Złotko, przecież należy! Nie słyszałaś jej nazwiska ? - zapytała Zoe.
- Nie pamiętam.
- Ravitz. Mówi Ci coś nazwisko Irv Ravitz ? Jej tatuś jest tutaj wielką szychą. Szefem, szefów, że tak to ujmę. - wyjaśnił Max.
Westchnęłam. Ach, teraz już wszystko jasne. Nieźle. Nic dziwnego, że się tak szarogęsiła. miliardy znakomicie wpływają na poczucie własnej wartości.
~~~~~~
W biurze starałam trzymać się Zoe i Maxa i starałam się zapamiętać każdą nową osobę i dopasować do opisów, które czasem mogłam usłyszeć od mamy. Pomimo butów od Blahnika na dziesięciocentymetrowych obcasach Alida szła tak szybko, że z trudem za nią nadążałam, chociaż miałam na nogach espadryle na słupku, od Hilfigera. Oprowadziła nas po pomieszczeniu z wysokim sufitem, w którym działo się wszystko, co miało związek z modą i pokazywała nam, gdzie co jest, zupełnie jak w scenie z filmu ''Chłopcy z ferajny'', tylko tu nie było pistoletów.
Jakaś szalona kobieta z impetem przemknęła przez korytarz, wrzeszcząc przez komórkę i rzucając gromy na Air France z powodu zagubionego bagażu.
- To twoja szefowa, CeCe Ward. - wyjaśniła Zoey i skrzywiła się - Podobno, jak przyniesiesz jej kawę z mlekiem jednoprocentowym, a nie odtłuszczonym, to Cię nią obleje i jeszcze opluje tym, co zdążyła wziąć do ust. -oświadczyła.
- Zamknij się ! -zawołałam z niedowierzaniem. I przerażeniem.
- Tak, tak. - dodała jakaś gotka za nami - Słyszałam, że zemdlała za kulisami pokazu Laurena, bo przez trzy dni nie jadła nic poza kawałeczkiem rogalika.
Wiedziałam, że w tym środowisku obsesja na punkcie wyglądu zakrawa na absurd i paranoję, ale to już przesada. Chyba, a raczej na pewno źle trafiłam z tą CeCe.
~~~~~~
- A to jest dział zdjęć - powiedziała Alida, pokazując słoneczne studio z deskami kreślarskimi i miejscem do przeglądania negatywów z sesji.
- Przepraszam. - usłyszałam za sobą głos, który przeszkodził mi w napawaniu się idealnym widokiem na rzekę Hudson. Głos, który znałam, aż za dobrze. Jak na komendę, obróciłam się i ujrzałam fantastycznego, szczupłego chłopaka, który niósł pięć czarnych teczek. Wysoki blondyn, miał oczy w tym cudownym, trudnym do opisania kolorze, ocienione najpiękniejszymi rzęsami jakie widziałam. - Sorry, ale to dzień oddawania portfolio. - dodał, uśmiechając sie i jednocześnie kładąc stos teczek na desce w kącie. Podszedł do nas przy arkadowych drzwiach. - Hej, przepraszam, że się przepychałem. Jestem Dimitri.
Zachowywał się tak, jakby incydent w parku w ogóle nie miał racji bytu. Kiedy uścisnęłam jego dłoń, przebiegło między nami coś niewypowiedzianego. Zanim zdążyłam wydusić swoje imię, w jego oczach błysnęło coś na kształt rozumienia. Przerwali nam Zoe i Max, którzy trącali się łokciami i uśmiechali. Alida tymczasem pognała dalej i pospiesznie za nią ruszyliśmy. Nie zrobiliśmy nawet siedmiu kroków, kiedy Max wypalił :
- Złoootko, zarumieniłaś się.
- Niezłe z niego ciacho, co ? -spytała Zoey - Jest asystentem redaktora działu zdjęć, studiuje na Brown i wygląda... -rozmarzyła się. Max wrócił ją do pionu.
- A ja to co ?
Kiedy wrócili do swoich zwyczajowych kłótni, zaczęłam szybko myśleć. Do licha ciężkiego, rzeczywiście się zaczerwieniłam. Moja cholerna twarz zawsze była jak otwarta księga. Weź i wyczytaj co chcesz.
- Jest śliczny. - przyznałam speszona.
Nawet nie wiedziałam do czego doprowadzi ta głośno wypowiedziana myśl.