- I... koniec. - zabrzmiał głos pana Castera w klasie pełnej arkuszów egzaminacyjnych - Proszę odłożyć ołówki.
Mimo fatalnej karmy kłębiącej się w szkole, bogowie uśmiechnęli się do mnie przy pokonywaniu ostatniej wielkiej przeszkody semestru.
Może byłam towarzyskim wyrzutkiem, ale w kwestii ocen czułam się pewnie.
Odetchnęłam, z uśmiechem oddając test. Byłam gotowa pędzić do domu, żeby pakować się na obóz. Ach koniec szkoły !
Ale wtedy poczułam ukłucie - szkoła mogła być zakończona do następnego roku, ale przede mną jeszcze jedna przeszkoda, czyli Złoto-Srebrny Bal.
Ja wcale nie chciałam na niego iść, ale bilet miałam kupiony od października, a w moim pokoju od wczoraj wisi, bądź co bądź piękna, ale jak na mój gust zdecydowanie za droga suknia.
Wychodząc ze szkoły rozejrzałam się po okolicy, wszystkie inne moje koleżanki wsiadały do drogich samochodów, a na mnie czekał tylko mój przyjaciel, Ciro.
Tak na marginesie, Ciro jest satyrem. Chodzi o kulach, ale bynajmniej nie dlatego, że ma chore nogi. Jego nogi są w świetnym stanie, jeśli nie przeszkadza Ci fakt, że są kozie.
Ciro opierał się o fontannę na środku dziedzińca, który, jak cała reszta szkoły był przesiąknięty prestiżem i zbytkiem.
Pośród dziewczyn z którymi musiałam spędzać czas, były dziedziczki ogromnych fortun i firm. Nazwiska występujące na liście uczennic i absolwentów Tate pokrywały się w 99 % z listą 500 najbogatszych ludzi. Czemu nie w 100 ?
Bo ja przyjęłam nazwisko taty, a nie mojej sławnej mamy. Czemu to zrobiłam ? Nie wiem.
Może dlatego, że nie lubię być w centrum uwagi. Tę cechę charakteru również odziedziczyłam po tacie. Kim są moi rodzice ?
Półbogami. Dlatego Ciro mnie pilnuje. Jest moim opiekunem od przedszkola.
- Proszę państwa, oto najpiękniejsza panna w Nowym Jorku. - zawołał Ciro. Nie do końca się z nim zgadzałam. Co prawda byłam podobna do mamy, ale miałam za małe oczy i według mnie zbyt duże uszy. Moje włosy były równie ciemne jak reszty mojego rodzeństwa, ale ich były lśniące, a moje przypominały stóg siana. Byłam równie szczupła co moje koleżanki, byłam też jedną z wyższych osób w szkole. Ale i tak czułam się okropnie nijaka pośród dziewczyn z klasy, dla których normą były torby i buty za kilka tysięcy dolarów.
- Cześć Ciruś. - przywitałam się, nielubianym przez niego zdrobnieniem - Co tu robisz ?
Zmieszał się trochę. Chyba wcale nie chciał mówić o tym dlaczego tu jest. Ale skoro był moim opiekunem, powód mógł być tylko jeden.
- No, tego.. - bąknął - Twoja mama kazała mi Cię pilnować.
Oczywiście, mogłam się tego domyśleć. Moja mama była świetna, ale lekko świrowała na punkcie bezpieczeństwa.
Ciro odprowadził mnie do naszego mieszkania na Upper East Side.
- Wejdziesz ?
- Chyba mi nie wolno.
- Jak nie wolno, skoro Cię zapraszam.
Ściągnął tenisówki ze sztucznymi stopami i kozie kopyta zastukały o miodowe panele, którymi wyłożony był hol.
Z kuchni wybiegła moja młodsza siostra, Bianka. Przytuliła się do nóg Ciro. Weszłam do kuchni i usiadłam zmęczona przy blacie.
- Witaj Olivio. - powitała mnie Martha, nasza gosposia. Z garnków stojących na kuchence, dochodziła miła woń kurczaka i papryki.
- Cześć Martho. Jest mama ?
- Nie, jeszcze nie wróciła, ale prosiła, żebyście się ładnie ubrali do kolacji. Będziecie mieć gości.
Pewnie znowu przyjdą ciocia Annabeth i wujek Percy albo Chejron.
- Jasne, będę na górze.
W salonie siedział Ciro robiąc za niańkę Bianki. Pozwolił jej nawet na powpinanie różowych spinek w swoje kędzierzawe, rude włosy. Wyglądało to, że tak powiem, niezbyt dobrze.
Na piętrze od samego wejścia dudnił metal. Mój starszy brat Merrick buntował się przeciw wszystkiemu, więc co tydzień była to inna muzyka. Najwyraźniej w tym tygodniu bardziej miał na pieńku z mamą.
- Ścisz to ! - wrzasnęłam, ale oczywiście nie posłuchał.
Mój pokój przypominał mi samej, taką złotą klatkę, z tym, że moja był biało - srebrno - niebieska. Każdy kąt służył do czego innego.
W jednym stało biurko z papaterią, w drugim stał telewizor na bladoniebieskiej szafce, wyściełana sofa i fotel z białym obiciem ;oba meble okryte kaszmirowymi narzutami Ralpha Laurena w kolorze kości słoniowej, którymi można było się okryć podczas oglądania telewizji. Kolejny kąt zaopatrzony był w kolekcję magazynów ułożonych tematycznie.
Rzuciłam beżową torbę pod biurko w stylu Ludwika XV, wpierw wyciągając z niej iPoda. Wsunęłam słuchawki w uszy i usiadłam na ławeczce wbudowanej w wykuszowe okno, z którego miałam widok na Central Park. Wsłuchałam się w pierwsze dźwięki 'Viva la vida' i modliłam się, żeby do wieczora coś się stało i żebym nie musiała iść na ten bal.
*****
Zasnęłam. Nawet nie wiem kiedy.
We śnie widziałam dziwacznego chłopaka.
Miał mleczną skórę, krótkie blond włosy i najdziwniejsze oczy jakie widziałam. W życiu nie widziałam takiego koloru oczu.,
Staliśmy oboje na zielonej łące, niebo przypominało kamień w moim naszyjniku. Chłopak wyciągał do mnie dłoń, ale ja miałam nogi jak z ołowiu. Nie mogłam ruszyć się ani wprzód, ani w tył. On też nie mógł się ruszyć. Desperacko wyciągnęłam dłoń w jego kierunku, a on się odwrócił.
Nagle wszystko poszarzało. Trawa pod moimi stopami zamieniła się w popiół i rozsypała się.
Czułam, że spadam. Chciałam krzyczeć, ale nie mogłam. Jakby ktoś napchał mi waty do ust.
Wokół, lodowaty wiatr otchłani niósł zapach szałwii.
Wiedziałam, że chłopak spada tuż obok mnie, ale nie mogłam go dostrzec. Zdążyłam tylko usłyszeć, że woła ochrypłym głosem moje imię.
*****
Podczas kolacji nie mogłam skupić się na niczym innym, tylko w kółko rozpamiętywałam dziwny sen. Gmerałam widelcem w talerzu, a kiedy zdawało mi się, że nikt nie patrzył, zrzucałam kawałki kurczaka na podłogę, skąd błyskawicznie porywał je jeden z dwóch naszych psów. Mogłam to robić bezkarnie, bo nie było mamy. Pewnie nadal siedziała w biurze.
Tata dla odmiany pozwalał nam na wszystko.
Któregoś dnia, kiedy Merrick miał lepszy dzień (czytaj : nie negował wszystkiego), mój brat podzielił się ze mną przemyśleniem, że to pewnie dlatego, że jego własne dzieciństwo nie było za ciekawe.
Gdyby mnie na 70 lat zamrozili w czasie i potem pozbawili jedynej rodziny jaką miałam, aby kolejnie samotnie zwiedzać świat, za towarzystwo mając tylko bandę szkieletów, też nie katowałbym własnych dzieci zakazami.
Kiedy zauważył, że psy podejrzanie często podchodzą, a właściwie podbiegają do stołu, rzucił mi tylko spojrzenie ciemnych oczu i wrócił do rozmowy z Percym.
Za to kochałam moją rodzinę. Nie wtrącali się w moje życie, dawali swobodę w większości wyborów, ale w trudnych momentach mogłam na nich liczyć.
Bianka ganiała się z Ethanem wokół stołu, a Merrick nawet nie raczył zejść na dół.
- Możemy odejść od stołu ? - spytała Zoe, córka Annabeth i Percy'ego i jednocześnie moja najlepsza przyjaciółka.
Przyjaźniłyśmy się od zawsze. W naszym duecie to ona była tą ładną i popularną ;ja byłam kujonem. Nie żeby Zoe miała złe oceny, bo za to jej mama by ją zabiła. Po prostu ja od imprez wolę dobre książki i nawet lubię chodzić do szkoły.
Akademii Tate to nie dotyczy. Była pierwszą od 8 lat szkołą, z której nie wyrzucili mnie po roku nauki. Normalnie bym się z tego cieszyła, ale w Tate czułam się jak złota rybka w akwarium pełnym rekinów. I naturalnie obwiniałam o to rodziców.
Jeśli coś nam nie wychodziło to mogliśmy o to obwiniać bezkarnie dwie instytucje : rodziców albo greckich bogów.
Jako, że to nie bogowie wysłali mnie do tej durnej szkoły, obwiniałam o to mamę. Uparła się, żebym poszła do tej szkoły, tylko dlatego, że sama skończyła ją jakieś kilkadziesiąt lat wcześniej. Chociaż Chejron zaproponował aby cała nasza trójka została na resztę roku na obozie. Ale nie. Bo przecież musiałam mieć tak dobre oceny, że przyjęto mnie bez mrugnięcia, mimo że wywalili mnie z kilku poprzednich szkół.
Odpowiedziały jej tylko ciche chrząknięcia, które uznała za zgodę. Pociągnęła mnie na górę.
- Musisz pokazać mi tę kieckę.
Zoe od 3 tygodni nie potrafiła mówić o niczym innym, tylko o balu, choć następnego ranka miałyśmy jechać na obóz. Ja przeżyłam tylko dzięki tej drugiej myśli.
Padłam na materac łóżka, nie zaszczycając spojrzeniem sukni z sutą jedwabno-tiulową spódnicą i gorsetową górą zapinaną na perłowe guziki.
Był to częściowo mój projekt. Miałam talent do szycia i lubiłam to.
Ostatecznie suknię Zoe sama zaprojektowałam i uszyłam.
Była z aksamitu w głębokim odcieniu nocnego nieba ze srebrnym wykończeniem. Miała upamiętniać dziewczynę, po której moja przyjaciółka dostała imię. Łowczynię Artemidy, która zginęła by ratować rodziców Zoey.
Według mnie był to naprawdę ładny gest. Też chciałabym dostać imię po jakiejś wielkiej bohaterce, ale nie, moje imię było zwykłe, przypadkowe.
Olivia - co to w ogóle za imię ? W przedszkolu dzieciaki nazywały mnie Oliwką (nie tylko dlatego, że miałam fiksację na ten kolor. Może jednak różowy nie był takim złym pomysłem ?).
Kiedy w końcu założyłam śnieżnobiałą sukienkę, chmury nad moją głową zaczęły się rozwiewać. Była piękniejsza niż sądziłam.
Zoe zapięła guziki na plecach i w końcu odważyłam się spojrzeć w lustro.
Miałam wrażenie, że stała tam zupełnie obca osoba.
Nieznajoma w lustrze miała lśniące, orzechowe oczy i ciemne włosy splecione w prosty, elegancki warkocz. Czułam się jak zaczarowana.
- Ile jeszcze do północy ? - spytałam i obie się uśmiechnęłyśmy.
- Wystarczająco dużo, żebyś mogła oczarować całe miasto swoją osobą. - rozległ się nowy głos.
W otwartych drzwiach stała nowo przybyła kobieta.
Zawsze denerwowałam się odrobinę w towarzystwie tej chwilowo oficjalnej mamy.
Moja mama wcale nie była groźna, chyba, że dać jej do ręki miecz, albo inną broń i postawić w zagrożeniu jej bliskich. Ważyła jakieś 40 kilogramów, mierzyła 1,55 m i miała loki w kolorze ciemnego karmelu. Wyglądała na łagodną, ale wierzcie, nie chcielibyście z nią pracować.
Widziałam jak jej oczy tańczą na zmianę po kreacji mojej i Zoey. W końcu spojrzała mi w oczy i nieznacznie skinęła głową, z szerokim uśmiechem.
Zdałam !
*****
Jak kopciuszek miałam złotą karocę - nowojorską taksówkę.
Kiedy zatrzymała się przed hotelem, pośród tych wszystkich limuzyn, wysiadłam, trzymając spódnicę, i weszłam do wielkiego westybulu. Umówiłam się z Zoe, że wejdziemy razem, ale ona już zniknęła wśród starszych, obłędnych dziewczyn ćmiących papierosy i chłopców jawnie pociągających ze srebrnych piersiówek.
Wejście na bal było nieco surrealistyczne. Zdecydowanie miało posmak poważniejszych przyjęć. Nagle poczułam się wrzucona pomiędzy dorosłych, gdzie stawki (i grzechy) są poważniejsze, dzieciaki żyją szybciej, a sceneria jest bardziej onieśmielająca. Spacerowanie po długim, wyłożonym chodnikiem korytarzu, było jak z filmu ''Dziewczyna w różowej sukience'', tylko, że moja sukienka była ładna. Ale czułam tę samą niepewność co Molly Ringwald.
Dostrzegłam Zoey, obejmowaną przez jej chłopaka Maxa.
Max był przystojnym dziwakiem, w dodatku był jednym z niewielu półbogów, których spotkałyśmy poza obozem.
Miał kasztanowe włosy, butelkowozielone oczy i coś, co przyciągało do niego ludzi i budziło zaufanie tak, że po kilku minutach rozmowy mógł napisać twoją biografię. Gdyby nie wystające przednie zęby, nic nie stałoby mu na drodze do zostania modelem.
Wolałam się do nich nie zbliżać. Kiedy byli obok siebie, Zoe włączał się jakiś dziwny tryb i nie widziała świata poza swoim chłopakiem.
Niech się bawią, nie potrzebuję ich.
Tuż zanim weszłam przez jedne z drzwi do skrzącej się sali balowej, dostrzegłam moje dwie osobiste nemezis : Whitney i Sophie.
Obie były idealnymi, pustymi blondynkami. Szefowały całej szkole, a kiedy nie chciałam zrobić tego czego mi nakazały, pardon, tego o co mnie 'poprosiły', powzięły sobie za życiowy cel zniszczenie mojego, i tak nie zbyt udanego życia.
Wygląd obu ociekał drogimi metkami i tak na oko tysiącami dolarów, co wcale im nie pomagało.
Od razu poznałam, że coś knują. Może przyjście tutaj okaże się jednym, wielkim błędem ? Miałam przeczucie, że stanie się coś poważnego.
*****
Chodziłam po sali balowej, udając, że szukam przyjaciół, ale czułam się bardzo samotna. To było takie wytworne przyjęcie, z dziesiątkami kwiatów i orkiestrą symfoniczną i byłoby tak fajnie być tu z przyjaciółmi. Zastanawiałam się, dlaczego w ogóle tu przyszłam. Czułam się jak ostatnia nieudacznica, trzymając się na uboczu i przypatrując wszystkiemu.
Grzecznie przeprosiłam kilku chłopaków, którzy próbowali namówić mnie na dołączenie do nich i pod pretekstem pójścia do łazienki, uciekłam jak najdalej z tamtego miejsca.
Stałam w kabinie przez pięć minut. Nigdy tak jak tego wieczoru nie chciałam wcisnąć przycisku szybkiego przewijania. Kiedy już miałam otworzyć drzwi i wyjść, usłyszałam jak śmiejąc się, wchodzą dwie dziewczyny.
- Kojarzysz tę Whitney z mojego klubu ? - spytała jedna.
- Whitney Blake ? Z Tate ?
- Tak. No więc ma zrobić jakiś wariacki numer stulecia jakiejś suce, której wszyscy nienawidzą w szkole, więc musimy się pośpieszyć.
- O krajst, bosko, ale czekaj, tylko położę trochę więcej Lip Vanila. Muszę mieć superusta jak Angelina, jeśli mam się obściskiwać z Merrickiem Vega. Wrócił z Choate i wygląda... mrrau.
- Mów do mnie jeszcze.Okej, jest dobrze. Lecimy.
Serce mi zamarło. Cholera, co ta Whitney kombinuje ? I... czy tamta panienka mówiła o obściskiwaniu się z moim bratem ?!
W zatłoczonej sali balowej huczało od muzyki, rozmów i śmiechu. Nie widziałam nikogo znajomego. Dostrzegłam grupkę dziewczyn z Chapin, które widywałam grające w lacrosse'a, ale nikogo tak naprawdę nie znałam.
Bycie ignorowanym na korytarzach Tate, to jedna sprawa - miejscowa potyczka. Ale rozkręcanie tego publicznie, na oczach wszystkich pozostałych szkół, ludzi z wyższych sfer i chłopaków, to już przegięcie.
I wówczas, po drugiej stronie sali, zauważyłam Whitney szepczącą z Sophie i dwójką innych chłopaków, których nie znałam.
Zastanawiałam się gdzie jest Zoe, Max i, o ile tamta pannica mówiła prawdę, Merrick.
To było idiotyczne, ale uznałam, że to równie zły moment by podejść do Whitney, jak każdy inny i położyć kres temu idiotycznemu zachowaniu, łącznie z tym co dziś knuła. W końcu byłam krew z krwi największych herosów XXI wieku.
W drodze do niej zostałam niemal wywrócona przez tłum ubranych w markowe ciuchy dziewczyn i ich towarzyszy z rozluźnionymi muszkami. Kiedy zbliżałam się do Whitney, zobaczyłam, jak wybałusza oczy i patrzy w prawo, gdzie przy barze stała Laura, najbardziej znienawidzona przez Blake'ówną osoba na świecie.
- Whitney - powiedziałam, zatrzymując się tuż przed nią - Co ty kombinujesz ? Właśnie usłyszałam...
- Olivia, odsuń się. - Sophie miała zaniepokojoną minę.
- Dlaczego ? Co wy obie planujecie ?
- Nie, nie ją ! - wrzasnęła Whitney najwyraźniej do kogoś za moimi plecami.
Bam ! Ktoś w gigantycznej brązowej papierowej torbie na głowie podbiegł do mnie, chwycił z tyłek, ścisnął i odbiegł. Odwróciłam się i zobaczyłam jak śmiejąc się, wybiega przez złocone drzwi. A potem zobaczyłam szeroko otwarte oczy wpatrzonych we mnie gości.
Spojrzałam na tył swojej sukienki w kolorze kości słoniowej, która teraz połyskiwała od czerwonej farby. Moja oszałamiająca suknia, wyglądała teraz jakbym dostała gigantycznego okresu. Zakręciło mi się w głowie. Odwróciłam się do Whitney, która wyglądała na zawstydzoną i przerażoną. Wśród stłumionych okrzyków, śmiechów, ,,cholera'' i ,,słodki Jezu'' zemdlałam.
Kiedy kilka sekund później z wolna odzyskiwałam przytomność, leżałam na podłodze. Max wachlował moją twarz, a Zoey próbowała się do kogoś dodzwonić, zapewne do mojej mamy. Chciałam krzyknąć, żeby tego nie robiła, ale nawet na to nie miałam siły. Sophie i Withney patrzyły na mnie, podobnie jak cała reszta gości, kelnerzy i orkiestra.
Spadajcie, olimpijscy sprinterzy. Schowajcie się, gazele. Żadne nogi nie poruszały się szybciej. Zanim zdołałam przetworzyć to co się stało, biegłam już przez westybul, rozpaczliwie chcą wydostać się na zewnątrz.
- Olive, zaczekaj ! - usłyszałam krzyk Zoe. Na dźwięk jej głosu, rakieta wewnątrz mnie przyśpieszyła prędkość moich stóp i w ciągu sekund wybiegłam przez obrotowe drzwi na ciepłe lipcowe powietrze, zatrzasnęłam za sobą drzwi taksówki i kazałam jechać taksiarzowi przed siebie. Gdy tylko samochód ruszył z piskiem, moje wycieńczone ciało zgięło się od szlochu.
~~~~~~
Taksówka jeździła po mieście a ja płakałam i płakałam.
W końcu poprosiłam, żeby zatrzymał się przed wejściem do Bryant Parku. Wysiadłam nie martwiąc się o rachunek. Mama się wścieknie i co z tego.
Moje życie towarzyskie upadło totalnie, moja cudowna sukienka była zniszczona w dodatku zaczynało padać. I niech mi ktoś powie, że życie na wysokim poziomie jest usłane różami, to przy pierwszej okazji przyozdobię jego głowę plikiem strzał.
Na szczęście było na tyle późno, że w parku nie było już ludzi.
Usiadłam przy fontannie.
Jeśli ktoś mnie zobaczy, przynajmniej będę mogła zrzucić winę na deszcz. Tylko co z sukienką ?
- Hej, stało się coś ? - usłyszałam melodyjny głos. Obróciłam się szybko, mając nadzieję, że nie dostrzegł zniszczonej sukienki. Przede mną stał... chłopak z mojego snu. Uśmiechał się delikatnie, uroczo.
- Nic. - mruknęłam.
- A jednak twoja suknia jest zniszczona. - Cholera, zauważył. - Mogę pomóc ?
Był taki nonszalancki; próbowałam przypomnieć sobie podstawy etykiety, które usiłowała mi wpoić mama, ale w głowie miałam totalną pustkę.
Zatopiłam się w oczach, których barwy nie umiałam nazwać. Stałam tak chyba z minutę i dopiero uświadomiłam sobie, że zadał mi pytanie.
-Ja, ee.. - Brawo Olivio, zrób z siebie idiotkę - Nie, myślę, że nie. Chyba, że wiesz gdzie o tej porze mogę znaleźć w miarę przyzwoitą sukienkę. - wypaliłam szybciej, niż zdążyłam zastanowić się nad tym co mówię.
Roześmiał się cicho. W ciemności błysnął jakiś metal. Nóż ? Świetnie, to będzie bardzo głupia, ale jednak piękna śmierć. Równie głupia jak ja i równie piękna co on. Usłyszałam dźwięk prutego materiału i nagle dół sukienki opadł.
Odskoczyłam od chłopaka jak oparzona. Czy on właśnie odciął dół mojej sukienki ? Spojrzałam w dół. To co zostało z szerokiej spódnicy, ledwo zakrywało moją pupę, czyli stałam przed boskim chłopakiem, zasadniczo pół naga.
- Co ty robisz ?! - wydarłam się na niego. Jakoś nie zrobiło to na nim wielkiego wrażenia.
- Przynajmniej nie masz już czerwonej plamy na tyłku. - odparł chłodno.
Rzeczywiście, większość czerwonej farby została na odciętym kawałku materiału. Podniosłam go z ziemi, przy okazji korzystając z szansy zlustrowania go od stóp do głów, bez gapienia się.
Czarne, skórzane wojskowe buty. Kto nosi takie buty w środku lata ? Najzwyklejsze jeansy, podkoszulek zespołu rockowego, którego nie znałam i czarny płaszcz.
Nic specjalnego, ale czułam bijącą od chłopaka aurę tajemnicy i dawnych czasów. Jakby z obrazów da Vinciego wyciągnęli jakiegoś księcia, ubrali go we współczesne ubrania i puścili na ulice Nowego Jorku.
- Więc, skoro Ci pomogłem, może zdradzisz swoje imię ?
- Olivia.
- Olivia, ocalenie. - westchnął głęboko.
Przeszliśmy drogę do ulicy, rozmawiając o różnych rzeczach. W tym chłopaku było coś takiego, że bardzo chętnie wyśpiewałam mu ostatni tydzień życia i wszystkie problemy. On za to mówił niewiele. Praktycznie tylko słuchał i wpatrywał się we mnie, jakby nie peszyło go ani trochę, że co chwila na niego zerkam.
Z dala usłyszałam niewyraźne wołania Zoey. Nie chciałam wracać do domu. Przypomniało mi się, że nawet nie znam imienia mojego wybawcy. Spytałam o nie.
Uśmiechnął się blado.
- Możesz mówić mi Dimitri.
Zoe była coraz bliżej.
- Spotkamy się jeszcze ?
- Może - mruknął - Szybciej niż myślisz.
Obróciłam się dosłownie na chwilę, żeby sprawdzić jak daleko jest moja przyjaciółka. Już mnie zauważyła. Biegła w moim kierunku tak szybko, jak tylko pozwalały jej na to 10-centymetrowe obcasy. Uścisnęła mnie mocno i uderzyła w głowę. Syknęłam z bólu.
- Gdzieś ty się włóczyła ? Wiesz jak się martwiliśmy ?! - Max kiwnął głową na potwierdzenie jej słów.
- Nic mi nie jest. - rozłożyłam ręce, żeby pokazać, że jestem w jednym kawałku. - Dimi... - urwałam. Nie było go. Zniknął. Stałam osłupiała
- Nie ważne. Jedziemy do domu.
*****
Po tym jak rodzice trochę się uspokoili, nie wspominając o tyłku pokrytym czerwoną farbą, poszłam wygotować się w wannie.
Zdążyłam zobaczyć tylko jak mama wyciąga Merricka za ucho z kuchni i zaczyna robić mu karczemną awanturę. Jakaś cząstka mnie nawet mu współczuła.
Chciałam zmyć nie tylko farbę, która przesiąkła przez sukienkę na nogi i pupę, ale też wszystkie ostatnie wydarzenia. Usunąć ze swojego życia nienawiść, podłość, niedojrzałość. Chciałam wysłać się w dorosłość, gdzie najlepsza przyjaciółka jest kwestią przeszłości, gdzie złe dziewczyny i współzawodnictwo, i ten wyścig szczurów nie istnieją. Ale czy one się kiedykolwiek kończą ?
Mogę nieustannie brać takie smutne kąpiele z pianą jak ta, mogę ciągle przeżywać takie chwile, w których pragnę, żeby moje problemy zniknęły jak te połyskujące bąbelki, żeby stres rozpłynął się jak skrawek mydła zagubiony na dnie wanny.
*****
Mój porcelanowy teren modlitewny został jednak najechany, kiedy rozległ się dźwięk dzwonka. Słyszałam jak mama rozmawia z portierem i wiedziałam, że mamy gości. Uch.
Wyciągnęłam korek z wanny i w nadziei na spokojne dochodzenie do siebie założyłam szlafrok. Kiedy wyszłam z mokrymi włosami i z twarzą nadal wilgotną od wody i łez, w salonie zastałam Whitney i Sophie z równie mokrymi twarzami. Poza nimi w salonie byłam tylko ja.
Mimo zamglonych oczu i jąkania, zdołałam zapytać, co tu robią. Obie zalały mnie skruszonym szlochem.
- Olivio, tak nam strasznie przykro, że znalazłaś się w samym środku. - Whitney łkała konwulsyjnie.
- Nie mogę uwierzyć w całą tę bzdurę. - Sophie wycierała oczy. - Przepraszam, że się tak idiotycznie zachowywałam. Nie wiem, co sobie myślałam. - płakała - Czuję się okropnie.
- Ja też. - dodała Whit - Nigdy nie chciałam, żeby tak się stało.
Z jakiegoś powodu nie poczułam się przez to lepiej. Skinęłam głową i zmusiłam się do uśmiechu wdzięczności, że przyszły, ale ich przeprosiny nie pomogły mi pozbyć się mdłości, jakie odczuwałam. Byłam zbyt zszokowana, żeby się odezwać. Sam ich widok w moim salonie, po tym przytłaczającym koszmarze, jaki przez nie przeszłam, to było zbyt wiele.
- Olivia ! Proszę, wysłuchaj nas ! - łkała Sophie.
- Co ? - krzyknęłam, a siła mojego głosu zaskoczyła nawet mnie. - Czego ode mnie chcecie ?
- Tak mi przykro ! - płakała Whitney - Nie chciałam, żeby to spotkało ciebie.
- Przepraszam ! - Sophie płakała teraz jeszcze bardziej niż Whitney - Nigdy nie chciałam cię skrzywdzić Olivio!
Widziałam jak rodzice zerkają z piętra. Nie widzieli takiego dramatu od czasu ostatniej wigilii. (długa historia). To była niezła scena.
Oto ja, wyglądająca jak zmokły szczur i dwie łkające dziewczyny, w strojach wyjściowych, ze spływającym po policzkach Maybelline, zgromadzone wokół mnie.
Ta sama klika co zwykle, przesiąknięta kłótniami, gniewem i zranionymi uczuciami. Zwłaszcza moimi.
Wzięłam głęboki oddech.
- Wy dwie jesteście odrażające. Jesteście żałosne. Zobaczyłam jakie jesteście naprawdę, jakie są wasze prawdziwe barwy - a są gorsze niż zielononiebieski, łososiowy i fioletowo-brązowy. Nie mogę na was patrzeć.
- To był wypadek - szlochała Sophie, błagając, żebym ją wysłuchała, ale ją ignorowałam.
- Proszę, wyjdźcie obie. - Stały oniemiałe i cicho pochlipujące - Dobra - ciągnęłam. - Jeśli wy nie wychodzicie, to ja to zrobię.
Odwróciłam się, wbiegłam po schodach do swojego pokoju, zamknęłam drzwi i ryknęłam w poduszkę.
*****
Mówią, że nawet po największej burzy wyjdzie słońce. Albo, że nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło.
Ale ja nie widziałam przebłysków słońca w ogromnej burzowej chmurze, z której jak dotąd ulewnie padało na mój pierwszy dzień wakacji.
Choć przynajmniej miałam wyrozumiałą rodzinę, która nie próbowała dociekać co się stało. Rozumieli, że chciałam być teraz sama.
Przychodzili tylko co jakiś czas, żeby poinformować mnie, że dzwoniła Whitney albo Sophie, ale nie odbierałam ich telefonów.
Koło trzeciej ktoś zapukał i cicho wsunął się do mojego pokoju.
- Whitney znowu dzwoniła. - powiedziała mama, siadając na skraju mojego łóżka.
- Nie rozmawiam z nią.
- Chce tylko, żebyś wiedziała, że wyjeżdża jutro na Barbados i zadzwoni do Ciebie, kiedy wróci.
- Świetnie, niech robi co chce. Może dzwonić, ale nie będę z nią rozmawiać.
- Nie winię Cię. - Mama odgarnęła mi kosmyk włosów z twarzy.
- Mamo, dlaczego liceum to tygiel zła ? - zapytałam.
Mama splotła ręce i spojrzała w sufit, namyślając się. Rodzice zawsze poważnie traktowali moje pytania i nigdy nie zbywali mnie lekceważącą odpowiedzią.
- Chcesz znać moją teorię ? - zapytała w końcu. - Sądzę, że to dlatego, że nastolatki nie są wystarczająco dużo przytulane. Dzieci otrzymują mnóstwo uścisków i buziaków, dorośli w romantycznych związkach podobnie. Ale nastolatki... są nieco dotykofobowe. Po prostu nie lubią być dotykane. Nie są do tego przyzwyczajone. Przytulenie potrafi być bardzo skutecznym balsamem emocjonalnym.
- Hm, słuszna uwaga. No, bo nie obejmujemy się z dziewczynami, a gdybyśmy obejmowały się z chłopakami, to byśmy miały nie najlepszą opinię, a obejmowanie rodziców jest obciachowe. Chyba jesteś na tropie czegoś ważnego, mamo.
- Więc mogę Cię przytulić ? - uśmiechnęła się.
- Jasne.
Przytulałyśmy się naprawdę długo. Jestem pewna, że moje 'koleżanki' powiedziałyby, że to głupie, ale miałam to gdzieś.
- Nie martw się o mnie, mamo. Dam sobie radę.
- Och, nie martwię się o Ciebie. - powiedziała, wstając. - Nigdy się o Ciebie nie martwiłam. Jesteś uzbrojona we wszystkie dobre cechy potrzebne do radzenia sobie ze światem, Olivio. To coś, czego przywileje nie mogą kupić.
Krajst, uwielbiam moich rodziców. A to coś, czego Sophie i Whitney zdecydowanie nie mogą powiedzieć.