Jako posłańca wysłano do mnie najsłodszą część rodziny, czyli Biankę.
Wpadła do mojego pokoju jak roztańczona, pełna radości i energii burza. W szmaragdowych oczach lśniło podniecenie.
- Livia, chodź, chodź, chodź. - wołała skacząc po łóżku.
Niestrudzona moimi żałosnymi próbami kapitulacji, ściągnęła mnie z łóżka.
Na dole, przy zastawionym stole, siedział tylko Merrick, który, co do niego nie podobne, uśmiechnął się na powitanie.
- Wielki powrót Kopciuszka. - zironizował. To by było na tyle, w kwestii miłego brata.
Przejrzałam się w jednym z wszechobecnych luster. Wyglądałam jak śmierć. No może nie dosłownie, bo bóstwa śmierci jakoś wyglądają. Nawet lepiej niż jakoś.
Miałam oczy zapuchnięte od właściwie nieprzerwanego płaczu, włosy w nieładzie po rzucaniu się po łóżku, bo znów śnił mi się dziwny sen.
*****
Spadam ! Lecę bezwładnie, koziołkuję w powietrzu...
- Olivio !
Woła mnie, a jego głos sprawia, że serce zaczyna mi walić.
- Pomóż mi !
On też spada. Wyciągam rękę i próbuje go złapać. Chwytam jedynie powietrze. Nie czuję gruntu pod nogami, ale wydaje mi się, że brodzę w błocie. Dotykamy się czubkami palców i nagle w ciemnościach widzę lodowate iskierki.
Potem mi się wymyka i wiem, że go straciłam.
Szałwia. Czuję jego zapach, nawet teraz.
Ale nie mogę go pochwycić.
I nie mogę bez niego żyć.
*****
Coś musiało być ze mną nie tak.
Zakochiwałam się w chłopaku, którego widziałam dwa razy, z czego raz był to tylko sen.
Podobne sny potomków bogów nigdy nie są 'po prostu'.
Teraz nie byłam pewna czy chciałam, żeby to był tylko sen, czy może jednak coś więcej.
Ktoś zapukał do drzwi.
- Ja otworzę. - stwierdziłam cicho, choć żadne z dwójki mojego rodzeństwa nawet nie ruszyło się znad pełnych talerzy.
W drzwiach stał nasz portier ze sporym, prostokątnym pudełkiem.
- Dzień dobry, panno Vega. - powitał mnie.
- Di Angelo. - poprawiłam go automatycznie.
- Ach, tak. Najmocniej przepraszam - podał mi pudełko - Przesyłka dla pani.
- Dla mnie ? Od kogo ?
Wzruszył ramionami.
- Nie wiem wszystkiego, panienko. Miłego dnia.
Uznałam, że nie mam po co wracać do jadalni, bo i tak nie byłam głodna, więc pobiegłam na górę, żeby w spokoju rozpakować paczkę.
Owinięte srebrzystym papierem, błękitne pudełko zawierało list i złoty nóż.
Poznałam cesarskie złoto, a więc rzymski sztylet. Jaki rzymski półbóg miałby interes w przysyłaniu mi broni. Chyba, że to... nie, o tym wolałam nie myśleć.
Rozerwałam kopertę z listem, takiej treści :
Chyba niezbyt spodobało Ci się, iż zniszczyłem twoją sukienkę, więc w
ramach zadośćuczynienia, przyjmij proszę przedmiot, który się do tego
przyczynił.
Uznałem, że przyda Ci się bardziej niż mnie.
D.
Uznałem, że przyda Ci się bardziej niż mnie.
D.
Tylko jedna osoba mogła napisać taki list.
Czyli wczorajszy wieczór, a przynajmniej lepsza jego część nie był snem.
Niestety potwierdzały to również smutne resztki, przepięknej sukni, której ani ja ze swoim talentem, ani mama z tabunem znających się na tym ludzi, nie dało rady uratować. Mimo to, nie potrafiłam tak po prostu jej wyrzucić.
Z ociąganiem przebrałam się w żółtą sukienkę, dżinsową kurtkę i sandałki z rzemyków. Dodałam do tego naszyjnik z lapis-lazuli i bransoletkę.
Ze słuchawkami w uszach wróciłam na wyściełany parapet i przez prawie godzinę wpatrywałam się tępo w panoramę Manhattanu, słuchając ''Infinite arms''. Z letargu wyrwał mnie wrzask Merricka, informujący mnie, że za 5 minut wychodzimy.
Złapałam torbę i pośpiesznie spakowaną walizkę. Szarpiąc się z nią całą drogę na dół, wsiadłam do samochodu.
- Cześć Argusie. - przywitałam się z szefem obozowej ochrony i czasem kierowcą tejże instytucji. Kiwnął głową na przywitanie. Argus jest stworzonym przez Herę stuokim i wszyscy podejrzewają, że oko ma również na języku, co zapewne utrudnia prowadzenie konwersacji.
Droga się nam dłużyła, każde zajęło się sobą i kiedy wyjechaliśmy na ubitą, polną drogę prowadzącą do Obozu Herosów, Merrick stwierdził :
- Kolejne nudne, obozowe lato.
Zjeżyłam się na te słowa.
W sumie byłabym nie gorszą wyrocznią od Rachel.
~~~~~~
Słowo o naszych talentach.
Zacznę od najstarszego.
Merrick - pamiętacie serial o 5 czarodziejkach, 'Witch', czy jakoś tak ? Przewodziła im taka ruda, która porozumiewała się z elektrycznością.
Merrick zgoła potrafi to samo.
Gada z telefonem, lodówką, tosterem, pralką i wszelkimi innymi sprzętami na prąd. Każdy taki przedmiot ma oczywiście imię adekwatne do funkcji : Tedphone, Frannidge, Maxter i.t.d.
Bianka ma chyba najfajniejszą moc.
Potrafi komunikować się, a nawet ożywiać zwierzęta. Kiedy miała 4 latka, wracałyśmy do domu przez cmentarz, żeby skrócić drogę. Bianka zauważyła ptaka ze złamanym skrzydłem i zaczęła go gonić, żeby zabrać go do domu i wyleczyć. Niestety zwierzę spanikowało i w nieudolnej próbie lotu wpadło na ścianę kamiennego grobowca. Moja siostra strasznie rozpaczała, podeszła do martwego ptaszka i dotknęła go.
O dziwo, rozprostował skrzydła, które były już całe i odleciał. Bianka wesoło mu machała, a ja stałam osłupiała. Kiedy powiedziałam o tym mamie, z początku nie chciała uwierzyć, a mój głupi, starszy brat zaproponował otrucie chomika 4-latki, za co tata zdzielił go w głowę. Koniec, końców mama któregoś dnia przywiozła ze schroniska jakąś psią przybłędę bez oka (mówiłam już, że ma bzika na punkcie psów?). Dbałyśmy o niego, ale i tak po tygodniu zdechł.
Wszyscy, włącznie ze mną, zapomnieli o dziwnym epizodzie na cmentarzu.
Ponieważ pies zdechł rano, zanim wszyscy wstaliśmy, nikt nie wiedział o jego śmierci, dopóki po całym domu nie rozniosło się echo przerażonego krzyku Bianki. Wszyscy czym prędzej zbiegliśmy na dół, a tam najmłodsza z familii, w najlepsze bawiła się ze zwierzakiem, który jeszcze chwilę wcześniej był martwy. Skąd to wiedziałam ?
Ponieważ ten, z którym bawiła się czterolatka miał zdrowe oczy i biegał wesoło, a poprzedniego wieczoru ledwo co unosił łeb.
I tak Nekrós, co po grecku znaczy tyle co martwy, został z nami.
A ja ?
Po prostu wiem kiedy ludzie kłamią. Nie ważne czy celowo.
Wspominałam już, że z ludzkiej aury czytam jak z otwartej księgi ?
Dlatego nie lubię spędzać czasu z ludźmi. Kłamią, ukrywają prawdziwe emocje, grają nie gorzej od takiego, weźmy na przykład Brada Pitta.
~~~~~~
Okej, wróćmy do rozmowy.
Czyli lato nie będzie nudne. Nic nowego. Na tym obozie nigdy nie było nudno. Obóz Herosów nie byłby Obozem Herosów, gdyby było tam spokojnie.
Bez kłopotów udało nam się dotrzeć na miejsce.
Przerzuciłam torbę przez ramię, wyciągnęłam przyciężką walizę i mozolnie zaczęłam taszczyć ją do skupiska domków.
Za zgodą wszystkich zainteresowanych stron mieliśmy do wyboru zamieszkanie w Jedynce lub Trzynastce.
Zwykle wybierałam Trzynastkę. Mimo, że był to domek Hadesa, było tam... przytulnie? Tak, to chyba dobre słowo. Wnętrze nie przyciągało do siebie, wręcz odpychało. Ściany z czarnego, zimnego obsydianu. Czaszka nad drzwiami. Pochodnie z zielonym płomieniem, który nocami tańczył na kamiennych ścianach, urządzając doprawdy wspaniały teatr cieni.
To był jedynie kamuflaż.
W środku na ścianach wytapetowanych kremową tapetą, która na wysokości parapetu zmieniała się w złoto-bordowe paski, wisiały czarno-białe fotografie z tamtegoż okresu. Kobiety w eleganckich kapeluszach, mężczyźni w garniturach i szelkach. Na środku stał okrągły stół przykryty zdobną, koronkową serwetką, obstawiony trzema krzesłami. Prosta sofa obita prążkowaną tkanina i taki sam fotel. Drewniana komódka z wyrzeźbionymi liśćmi na obrzeżach. Dekoracją były jedynie zdjęcia, zegar szafkowy i witrażowe lampki.
,, Najważniejsze jest, by gdzieś istniało to, czym się żyło: i zwyczaje, i święta rodzinne. I dom pełen wspomnień. Najważniejsze jest, by żyć dla powrotu. ,,Rzuciłam torbę na jedno z dwóch łóżek, a walizkę pod nie. W łazience przeczesałam włosy, które nie wyglądały już jak stóg siana. Najwyżej jak nieudana trwała.
Przeszłam obóz wokół, licząc na to, że spotkam kogoś ze starej paczki. Najwyraźniej nikt jeszcze nie przyjechał. Cóż, nie dziwiłam się. Rok szkolny skończył się dopiero wczoraj, na obozie było ledwo kilkunastu całorocznych.
Ktoś otoczył mnie silnymi ramionami. Z przyzwyczajenia wycelowałam sztyletem w serce napastnika.
- Livka, spokojnie. To tylko ja. - Jeremy puścił mnie.
Jeremy był jedynym synem bogini Harmonii. Blond loki zawsze idealnie równo przystrzyżone, oczy miały kolor węży, z którymi Jeremy świetnie się dogadywał. Jego wygląd był niezwykle symetryczny, jako że jego matka była boginią ładu i symetrii.
- Cześć. - schowałam nóż do pochwy przy pasku spodni. - Już przyjechałeś ?
- Z godzinę przed wami. Dobrze Cię widzieć. - uścisnął mnie jeszcze raz.
Spacerem dotarliśmy na plażę, gdzie Jeremy opowiedział to co działo się w jego życiu od ostatnich wakacji. Ja jakoś nie chciałam chwalić się wykluczeniem społecznym i co gorsza, nieudanym balem. A jednak chłopak musiał mieć jakiś dar obserwacji, bo po ataku łaskotek na poprawę humoru, spytał co się dzieje.
- Pff... Wykluczenie społeczne, ot co.
- Biedactwo. - objął mnie ramieniem na pocieszenie. - Co powiesz na trening ?
Ten chłopak zawsze wiedział czego mi trzeba. Uśmiechnęłam się szeroko.
- Zawsze i wszędzie. O każdej porze.
- Superdetektyw Ci dopomoże!!! - wrzasnął wesoło Jeremy i urządziliśmy sobie nie planowany wyścig na arenę.
~~~~~~
Oczywiście go przegoniłam. Chciałabym to powiedzieć, ale ma się rozumieć, było wręcz odwrotnie.
- Dobra, wygrałeś. - krzyknęłam za nim. Jeremy już wpadał na arenę, a mnie nadal dzieliło od niej jakieś 100 metrów.
Kiedy do niej dobiegłam, moim jedynym marzeniem była butelka wody. Zasapana opadłam na ławkę i pokazałam gestem 'time-out'.
- Ktoś tu wypadł z formy. - roześmiał się mój przyjaciel - ale zaraz to nadrobimy.
~~~~~~~~
Ile powodów na wysłanie Jeremy'ego do Hadesu mam podać ?
Mi wystarczył jeden : Morderca!
Ledwo dowlokłam się do trzynastki, a już wpada do niej rozentuzjazmowana Zoe.
- Wstawaj leniu, ojczyzna wzywa.
- Niech Cię Tartar pochłonie. - wymruczałam cicho, mając nadzieję, że tego nie usłyszy. A może usłyszy. Sama już nie wiem.
- Też Cię kocham. - cmoknęła powietrze - Kolacja.
Tak szybko ? Zerknęłam na cyferblat zegara. Rzeczywiście, już 9.00.
- Dobra, idę. Ale wyglądam jak własna babcia... chociaż nie. Moja babcia była przynajmniej ładna. Aa.. - Padłam z powrotem na łóżko. Zoe usiadła obok i pogłaskała mnie po plecach, taki matczyny gest.
- Zainwestujemy w szczotkę do włosów, makijaż. Będzie fantastycznie. - pocieszyła mnie. Czemu wszyscy muszą się nade mną litować ?
Zoe pastwiła się nade mną całe 10 minut. Dla mnie było to równoznaczne z wiecznością. Ale efekt, przyznaję - przeszedł moje oczekiwania. Po raz kolejny z lustra patrzyła na mnie obca osoba, choć w tej widziałam parę znajomych niedoskonałości.
- Jesteś aniołem. - powiedziałam z aprobatą.
- Wiem. - skwitowała z typową dla siebie 'skromnością'. - Idziemy.
Wieczór nie zapowiadał się już tak depresyjnie.
^^^^^^
Kolejny miesiąc minął, tak jak wyrokował Merrick, spokojnie i, no cóż, nudno.
Kiedy po kolejnej kolacji usiedliśmy przy ognisku, Zoe wpadła na kompletnie szalony pomysł.
- Co byście powiedzieli na to, żeby kolejne nudne obozowe lato, zamienić na lato w wielkim mieście.
- Oszalałaś ?! - spytaliśmy we trójkę : ja, Jeremy i Max.
- Oj, od razu oszalałaś. Po prostu proponuję, żebyśmy przeżyli coś nowego, coś szalonego, no wiecie Pah, pah, pah. - zrobiła ilustrujący to gest.
- Aż tak ? -spytał sceptycznie Jeremy.
- Wiesz, świeżym bądź. - pchnęła go przyjaźnie w ramię.
Bo jakby się nad tym dłużej zastanowić, to to wcale nie był taki głupi pomysł. Nie bez powodu mówi się, że w każdym szaleństwie jest metoda.
- A mi to się nawet podoba. - chłocy spojrzeli na mnie, jakbym była jeszcze większą wariatką od Zoe. (O ile jest to możliwe.) - Dajcie spokój, rok w rok przyjeżdżamy tutaj. Siedzimy tu dwa miesiące robiąc dokładnie to samo i wracamy do miasta, żeby przez kolejne 10 miesięcy widywać tylko szkołę i dom.
- Słyszałam, że w biurze twojej mamy organizują staż. Moglibyśmy się podłapać.
Przyznaję, że w pierwszej chwili przeraziła mnie ta myśl. Rodzice urwaliby mi głowę, jeśli dowiedzieliby się, że opuściłam obóz bez niczyjej zgody. Ale po chwili dotarło do mnie, że nie ma ich w mieście. Ba! Nie ma ich nawet w kraju, a i na kontynencie.
Z każdą sekundą szalony pomysł podobał mi się coraz bardziej.
- Ale to nie jest normalne. -próbował protestować Max. Chociaż oboje dobrze wiedzieliśmy, że jeśli jego dziewczyna się na to uprze, to on ślepo za nią podąży. Koniec, kropka.
- Zróbmy to. - zaczął Jeremy wyciągając rękę do przodu. Po kolei kładliśmy dłonie na dłonie, mówiąc : ''- Za najlepsze wakacje w życiu.''. Po czymś takim, nie było odwrotu. A to był dopiero początek.
~~~~~~~~
Nawet ciekawe rozdziały. Wciągnęła mnie akcja i jeśli będzie tak dalej, to obiecuję, że będę odwiedzać twojego bloga. Ja też dopiero co zaczęłam pisać i mam nadzieję, że odwiedzisz mojego bloga i go skomentujesz.
OdpowiedzUsuńpisanie-jest-ok.blogspot.com
Super :3 Coś czuję, że będzie się działo :3
OdpowiedzUsuńBuziaki, pozdrawiam ; **
Wiesz, wcześniej byłam zbyt zakręcona, ale teraz komentuje, a brzmi to tak :
OdpowiedzUsuńNaprawdę mnie zainteresowało i wciągnęło, ale zrobić to ze mną jest ciężko i o ile choć trochę się znam, piszesz świetnie i bardzo mi się podoba twój styl . Tak, jakby od niechcenia, a wychodzi świetnie :D
Bardzo mi się podoba :)
a jeszcze tak wtrącę, tajemniczy chłopak ze snu, niemożliwość życia bez niego, i ogólnie ten wątek mi bardzo przypomina Piękne Istoty :) co jest komplementem, bo książka mi się bardzo podobała ;)
Super, pisz dalej, weny życzę ;*