Doszliśmy do narożnej części biura, która nie wyglądała już tak imponująca jak labirynt, który pokonaliśmy, żeby się do niej dostać. Zwykła przestrzeń biurowa podzielona ściankami na pokoje z biurkami, telefonami i komputerami dla takich modowych żółtodziobów jak ja.
Zoe razem z Max'em klapnęli przy swoich biurkach i pokazali mi miejsce tuż obok.
- Oczywiście ważniaczki zajęły już miejsca przy oknach. - zaśmiała się drwiąco Zoe.
- Ohyda. - dodał Max
- Kto? - dopytywałam się.
- Ważniaczki, no wiesz, Tiggy i jej paczka. Kilka dziedziczek, które co roku dostają pracę na lato, bo tatuś umieszcza reklamy albo jest ''przyjacielem'' twojej matki lub innej szychy. - fuknęła nasza mała blondyneczka - Banda wrednych idiotek.
- Przychodzą sobie spóźnione ponad godzinę, prosto od fryzjera i trajkoczą przez te swoje komóreczki. - dodała siedząca obok nas, fantastyczna brunetka, przewracając oczami.
- Jakim cudem dowiedzieliście się tego wszystkiego w ciągu jednego dnia? - spytałam. I wtedy odpowiedź sama nadpłynęła zza rogu.
- Czeeeeść, dzieciaki! - zawył facet z siwymi włosami, z szalem na szyi i w butach motocyklowych. Ktoś okazał się jeszcze bardziej ekstrawagancki od ciotka Marylah.
- Ślicznie wyglądasz, ten pasek jest naprawdę niezły. - skomentował, obrzucając mnie spojrzeniem od stóp do głów. - Richard Finn, starszy asystent działu dodatków.
- Richard to oczy i uszy tej instytucji, zupełnie jak dozorca w filmie Szesnaście świeczek - powiedziała Zoe - tylko on nie ma miotły. Wszystko nam opowiedział.
- Och, miotłę mam tutaj! - odparł i poklepał się po spodniach.
Zaśmiałam się i znowu zaczerwieniłam.
- I jak tam, Olivio, w porządku? Kochanie, dziś rzucimy Cię na pożarcie wilkom, chrzest bojowy to najlepszy sposób na naukę.
Przełknęłam ślinę. Miałam nadzieję, że nie polegnę.
Gdy Richard się oddalił, wszyscy żałowaliśmy, że nie będziemy pracować z kimś takim jak on.
- To cholernie niesprawiedliwe, że te całe dziedziczki mogą sobie wybierać, u kogo będą w zespole. - zaczął narzekać ktoś w głębi biura, ale jeszcze na tyle blisko nas, by rzeczone ''dziedziczki'' nie mogły go usłyszeć.
- Zgroza, że ta niemowa, ta idiotka, ta przyjaciółka Antigone Ravitz, będzie miała szansę współpracować z Richardem!
- Wiem. Z nim byłoby najlepiej. Wydaje się miły, Alida z resztą też. - dodałam.
- One wiedzą kto jest fajny, a kto nie. I dlatego zajęły najlepsze miejsca. - orzekł Max.
- I obijają się - narzekała tamta brunetka - Słyszałam, że robią sobie dwugodzinne przerwy na lunch, za który płacą więcej, niż redaktorki zarabiają przez tydzień. A potem wychodzą wcześniej, bo idą ''zrobić pazurki!'' - dodała kpiąco.
Ja może i byłam bogatą panienką, ale nie byłam panienką ''z towarzystwa'', która mogłaby robić w Illusion, co jej się żywnie podoba. Chyba tkwiłam gdzieś pośrodku.
Zawsze myślałam, że mam styl; w szkole kiedy wszystkie dziewczyny ubierały się dokładnie tak samo jak Jessica Simpson czy Ashley Greene, ja nie ulegałam żadnym wpływom. Szukałam ciuchów w tanich outletach i butikach, w których ubrania przypominały bardziej sztukę postmodernistyczną. Ubierałam się oryginalnie, po swojemu. Na nikim się nie wzorowałam. Chociaż moje ''przyjaciółki'' mówiły, że wyglądam super, przyznawały, że nie miałyby odwagi włożyć czegoś takiego jak ja. W rzeczywistości oznaczało to, że niektóre ubrania mogły wydawać się trochę dziwaczne. Gruby wełniany pulower do skórzanego poncho? Sukienki z moheru i koronki? To prawda, brzmi okropnie, ale przysięgam, ogólne wrażenie było szałowe. Czułam, że mój styl wyróżniał mnie z tłumu, pozwalał wyrazić indywidualność, osobowość, być sobą i tak dalej.
Wszystko to gwałtownie runęła wczoraj wieczorem, kiedy przyjechaliśmy na Manhattan i szliśmy do hotelu, w którym mieliśmy się zatrzymać na jedną noc, zanim uda nam się zlokalizować Merricka i wyciągnąć od niego zapasowe klucze od mieszkania. Gdy taksówka ruszyła East Village, a ja gapiłam się przez okno na ludzi idących ulicą, doznałam szoku. Niestety - nic nie pozostało z mojej oryginalności. Te swetry, które wydawały mi się takie wyjątkowe i stylowe? Tylko na jednej ulicy zobaczyłam cztery osoby w identycznych. I wygląda na to, że to nie ja na nowo odkryłam vintage'owe sukienki, bo paradowały w nich stada dziewczyn. No cóż. Czyżby moja eklektyczna osobowość ulatniała się? Czy już nie byłam tak interesująca? Może to co w szkole z kilkusetletnimi zasadami wzbudzało kontrowersje, wcale nie wydawało się wyjątkowe na ulicach ''Big apple'', gdzie żyli ludzie z fantazją? Zaczęło do mnie docierać, że na Manhattanie - to, co zdawało się oryginalne w zamkniętym światku prywatnych liceów, tu stawało się pospolite.
Nagle, kiedy tak siedziałam przy swoim biurku, w mojej głowie zakołatała myśl, że czeka mnie bardzo długie i bardzo samotne lato. Czy zaprzyjaźnię się z kimkolwiek? A może będę cały czas spędzać sama i liczyć dni do końca? Nie miałam pojęcia.
I wtedy zupełnie znikąd pojawiła się przed moimi oczami twarz Dimitriego, chłopaka z parku i działu zdjęć. Był bardzo seksowny i z całą pewnością wydawał się sympatyczny. Może udałoby się nam zaprzyjaźnić? A może stalibyśmy się dla siebie kimś więcej? Natychmiast zaczęłam marzyć o tym, jak razem z Dimitrim jadamy obiady w przytulnych knajpkach i chodzimy na filmy Woody Allena do klubów filmowych. W porządku, ale dla jasności - nie jestem zarozumiała, ani arogancka. W szkole zawsze sobie radziłam i wierzyłam we własne siły, i jeśli wyznaczyłam sobie cel, wiedziałam, że mogę to osiągnąć - no, może z wyjątkiem kontaktów z płcią przeciwną. Z tym jeszcze się nie uporałam i często nie mam pojęcia, co kieruje tymi istotami albo jak się z nimi zaprzyjaźnić. Oczywiście chodziłam na randki, miałam jednego czy dwóch chłopaków, ale nigdy żaden z nich nie był mi bliski.
- Hej, hej, ziemia do Olivii? - głos Max'a przerwał moje ponure rozważania na temat samotności.
- Przepraszam - odpowiedziałam pośpiesznie.
- Mamy się zgłosić w biurze. Idziesz? - zapytał.
- Jasne - odparłam i poszłam za nim i za Zoe.
Szliśmy długim korytarzem, a gdy skręciliśmy przy ksero, za rogiem ujrzeliśmy Antigone i Dimitriego w intymnym uścisku.
- Hej - zawołał on.
- Cześć - wymamrotaliśmy w odpowiedzi.
Tiggy obrzuciła nas spojrzeniem, uśmiechnęła się i nie odezwała słowem.
Poszliśmy dalej, a kiedy oddaliliśmy się na tyle daleko, że nie mogli nas usłyszeć, Zoey nachyliła się do mnie i wyszeptała:
- Zapomniałam Ci powiedzieć. Podsłuchałam jedną z redaktorek w łazience. Wiesz, ten przystojniak, on jest chłopakiem Tiggy.
Dobrze, że szła przede mną i nie widziała, jak moje policzki oblały się purpurą. Skrzywiłam się, podczas gdy moje wyobrażenie o rozświetlonym Manhattanie i randkach runęło w gruzach.
~~~~~~
- A ty jesteś...? - zapytał lodowaty głos, gdy podenerwowana stanęłam w drzwiach.
- Olivia. Twoja stażystka. Na lato - odparłam, przestępując z nogi na nogę jak trzylatek, któremu chce się siku.
- Ach, zawsze zapominam, kiedy zaczynacie - odparła, przewracając oczyma. - Zapewniam, że czasami z tego całego programu stażu jest więcej problemów niż pożytku!
Czy dałoby się jeszcze przenieść do nudnego działu weryfikacji informacji?
- Prze-przepraszam - wybąkałam niepewnie.
- Jesteśmy czasopismem, a nie żadną szkołą! - rzuciła rozdrażnionym głosem. - No trudno. Może któregoś dnia ty tu będziesz rządzić!
Uśmiechnęłam się z nadzieją. A w głębi duszy poczułam chłód. Wiedziała?
- HAHAHAHAHAHAHA - zaśmiała się jak hiena, odrzucając głowę w tył. Chyba żartowała. - Usiądź - zaproponowała w końcu, taksując mnie spojrzeniem, i wskazała na metalowy stołek, który wyglądał na bardzo niewygodny.
Na ścianie za CeCe wisiało mnóstwo zdjęć modelek w seksownych pozach, błyszczących fotografii 5 na 7 cali z logo agencji w prawym dolnym rogu: Division, Wilhelmina, Elite. Imiona modelek wymieniono w lewym dolnym rogu, wytłuszczonym drukiem: Esme, Lila, Eugenia, Zxykasmir.
Piękne twarze, jedna obok drugiej, dziewczyny z najwyższej półki, umówione w Illusion na sesje z najlepszymi fotografami na świecie. A CeCe Ward musiała gapić się na nie dzień w dzień, a czasem także i w nocy. Nic dziwnego, że stała się taka zgorzkniała.
- Dobrze, możesz zacząć od posegregowania nowych zdjęć - odezwała się z szyderczym uśmiechem.
Otworzyła swoją torebkę ze skóry krokodyla, od Hermésa Kelly, rozsunęła zamek błyskawiczny w jednej z przegródek i wyjęła papierosy. Położyła palec na ustach, jakby mówiła ''szszszsz'', i zapaliła. Wiedziałam, że palenie było surowo zabronione, bo mama kategorycznie zabraniała modelkom, które współpracowały z pismem i wszystkim ludziom, które je współtworzyli, palenia w czasie pracy. W domu nie zmieniała tej zasady. Tygodniami potrafiła nie odzywać się do taty, jeśli wyczuła minimalną woń papierosów. Ale teraz nie miałam wyboru i musiałam siedzieć w chmurach dymu i rozdzielać zdjęcia na kupki: blondynki, brunetki, rude. Modelki, którym fotografowano tylko części ciała - na przykład nogi do reklamy butów albo ręce do reklamy pierścionków i tak dalej.
- Czy to prawda, że jest modelka, która za sesję fotograficzną swojego tyłka bierze pięćdziesiąt tysięcy dolarów? - zapytałam, usiłując nawiązać rozmowę, podczas gdy CeCe wypuszczała z siebie kłęby dymu.
- Jak to się mówi w Europie? Dzieci i ryby głosu nie mają. - zadrwiła - Tu jest tak samo.
Poklepała mnie po głowie i wyszła, zgasiwszy przedtem niedopałek w popielniczce, która stała tuż obok mnie. Super. Tyle, jeśli chodzi o możliwość nauki i nabierania doświadczenia. Zaczynałam myśleć, że całe lato będzie zmarnowane. Wymigałam się od nieciekawego, niczym nie różniącego się od innych lat, lata w Obozie tylko po to, żeby odbyć staż, za który nie dostanę ani grosza i jeszcze w tym samym czasie ktoś będzie mną pomiatać.
***
Po otwarciu mniej więcej dwusetnej koperty, ucieszyłam się, kiedy nadeszła pora lunchu. Max słyszał, że podobno nikt nie wychodził na lunch poza ważniaczkami i że w Ravitz Hall - stołówce firmowej - jedzenie było tanie i niskokaloryczne.
Stołówka - zbudowana ze szkła - wyglądała jak ze Star Treka.
Stoliki znajdowały się w szklanych kabinach, ażeby zapewnić prywatność osobom, które chciały porozmawiać, i żeby jednocześnie widać było wspaniałe ciuchy. Przejścia - miniaturowe wersje wybiegu dla modelek - zostały podświetlone od spodu, tak żeby wszyscy piękni ludzie mogli przechadzać się po nich ze swoimi sałatkami.
Moja przyjaciółka Veronique i ja zawsze żartowałyśmy sobie, że prawdziwym koszmarem byłoby pośliznąć się i upaść podczas lunchu w stołówce szkolnej. Ale z perspektywy czasu taki fikołek na oczach głupich, rozpieszczonych panien, to drobnostka. Poślizgnąć się i wywalić na oczach wszystkich tutaj - to dopiero przeżycie.
Zoe i Max zamówili sałatkę, a ja stałam w kolejce po quesadillę. Kiedy w końcu ją dostałam, ruszyłam wzdłuż podświetlonego przejścia, nerwowo się rozglądając za współlokatorami. W końcu dostrzegłam ich przy stoliku pod oknem.
- Cześć - powiedziałam onieśmielona. - To miejsce jest szalone.
- Jasne, dupki, którzy chcą się pokazać, nie? - zażartowała Zoe.
- Hej tam, paskudy - zaśmiał się Richard, który podszedł, trzymając litrową dietetyczną colę w ręce. - Przysiądę się do was. Jak leci, nowa? - zapytał - Czy CeCe nie jest trochę nawiedzona? Stanowi najlepszy dowód na to, że nie wszystkie czubki siedzą w wariatkowie.
Uśmiechnęłam się i zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, pojawił się Dimitri.
- Cześć, mogę się do was dosiąść? Chyba wszyscy od nas gdzieś poszli. Nie ma, jak zrobić sobie wolne, kiedy terminy gonią - zauważył, potrząsając głową.
- A gdzie jest, Tig ? - dopytywał Richard.
- Wyszła z Elizą i Drew do jakiejś nowej kawiarni w hotelu Ian Schrager.
- A, masz na myśli tę z gigantycznymi akwariami, w których pływają ludzie przebrani za syreny? Niesamowita! - wykrzyknęła Zoey. Pamiętam jak ekscytowała się, kiedy ojciec Max'a, (tak, ten słynny aktor, Jeremy Irons) zaprosił ją i Max'a do owej kawiarni. - Mają miejsca zarezerwowane na dwa miesiące z góry.
Męczyłam się z nożem i widelcem, żeby ukroić kawałek rozwalającej się quesadilli i upaćkać się przy tym, a przy okazji wyobrażałam sobie, jak Antigone i jej świta delikatnie postukują pałeczkami i chwytają idealnie zrolowany kawałeczek sushi z umięśnionego brzucha jakiegoś ''syrena''.
- Jak wam leci? - zapytał Dimitri - Olivia, ty jesteś u CeCe, zgadza się? I jak tam na razie?
Niebiosa się otwarły, chmury rozstąpiły, zastępy chórów anielskich zaśpiewały sopranem. Pamiętał, jak mam na imię! I dla kogo pracowałam. Zwrócił na mnie uwagę. Hej, Olivia, chwila, nie rób z siebie idiotki. On jest chłopakiem laski, której tatuś ma ten stolik, tę kafeterię i cały budynek, w którym siedzisz. Tej jasnowłosej nimfy która nie jada lunchu w nudnej stołówce, ale w najmodniejszej restauracji w całym mieście! Wracaj na ziemię.
- No, niewątpliwie jest... oryginalna. - tylko tyle zdołałam wykrztusić.
Ale mi się spodobało :) Wpadłam tu przez przypadek i chyba zostanę na stałe :)
OdpowiedzUsuńhttp://dramione-fremione.blogspot.com/ Zapraszam do siebie ;)