wtorek, 5 listopada 2013

Rozdział czwarty, czyli pieniądze to (nie) wszystko. Liczą się też rodzice.

Doszliśmy do narożnej części biura, która nie wyglądała już tak imponująca jak labirynt, który pokonaliśmy, żeby się do niej dostać. Zwykła przestrzeń biurowa podzielona ściankami na pokoje z biurkami, telefonami i komputerami dla takich modowych żółtodziobów jak ja.
Zoe razem z Max'em klapnęli przy swoich biurkach i pokazali mi miejsce tuż obok.
- Oczywiście ważniaczki zajęły już miejsca przy oknach. - zaśmiała się drwiąco Zoe.
- Ohyda. - dodał Max
- Kto? - dopytywałam się.
- Ważniaczki, no wiesz, Tiggy i jej paczka. Kilka dziedziczek, które co roku dostają pracę na lato, bo tatuś umieszcza reklamy albo jest ''przyjacielem'' twojej matki lub innej szychy. - fuknęła nasza mała blondyneczka - Banda wrednych idiotek.
- Przychodzą sobie spóźnione ponad godzinę, prosto od fryzjera i trajkoczą przez te swoje komóreczki. - dodała siedząca obok nas, fantastyczna brunetka, przewracając oczami.
- Jakim cudem dowiedzieliście się tego wszystkiego w ciągu jednego dnia? - spytałam. I wtedy odpowiedź sama nadpłynęła zza rogu.
- Czeeeeść, dzieciaki! - zawył facet z siwymi włosami, z szalem na szyi i w butach motocyklowych. Ktoś okazał się jeszcze bardziej ekstrawagancki od ciotka Marylah.
- Ślicznie wyglądasz, ten pasek jest naprawdę niezły. - skomentował, obrzucając mnie spojrzeniem od stóp do głów. - Richard Finn, starszy asystent działu dodatków.
- Richard to oczy i uszy tej instytucji, zupełnie jak dozorca w filmie Szesnaście świeczek - powiedziała Zoe - tylko on nie ma miotły. Wszystko nam opowiedział.
- Och, miotłę mam tutaj! - odparł i poklepał się po spodniach.
Zaśmiałam się i znowu zaczerwieniłam.
- I jak tam, Olivio, w porządku? Kochanie, dziś rzucimy Cię na pożarcie wilkom, chrzest bojowy to najlepszy sposób na naukę.
Przełknęłam ślinę. Miałam nadzieję, że nie polegnę.
Gdy Richard się oddalił, wszyscy żałowaliśmy, że nie będziemy pracować z kimś takim jak on.
- To cholernie niesprawiedliwe, że te całe dziedziczki mogą sobie wybierać, u kogo będą w zespole. - zaczął narzekać ktoś w głębi biura, ale jeszcze na tyle blisko nas, by rzeczone ''dziedziczki'' nie mogły go usłyszeć.
- Zgroza, że ta niemowa, ta idiotka, ta przyjaciółka Antigone Ravitz, będzie miała szansę współpracować z Richardem!
- Wiem. Z nim byłoby najlepiej. Wydaje się miły, Alida z resztą też. - dodałam.
- One wiedzą kto jest fajny, a kto nie. I dlatego zajęły najlepsze miejsca. - orzekł Max.
- I obijają się - narzekała tamta brunetka - Słyszałam, że robią sobie dwugodzinne przerwy na lunch, za który płacą więcej, niż redaktorki zarabiają przez tydzień. A potem wychodzą wcześniej, bo idą ''zrobić pazurki!'' - dodała kpiąco.
Ja może i byłam bogatą panienką, ale nie byłam panienką ''z towarzystwa'', która mogłaby robić w Illusion, co jej się żywnie podoba. Chyba tkwiłam gdzieś pośrodku.
Zawsze myślałam, że mam styl; w szkole kiedy wszystkie dziewczyny ubierały się dokładnie tak samo jak Jessica Simpson czy Ashley Greene, ja nie ulegałam żadnym wpływom. Szukałam ciuchów w tanich outletach i butikach, w których ubrania przypominały bardziej sztukę postmodernistyczną. Ubierałam się oryginalnie, po swojemu. Na nikim się nie wzorowałam. Chociaż moje ''przyjaciółki'' mówiły, że wyglądam super, przyznawały, że nie miałyby odwagi włożyć czegoś takiego jak ja. W rzeczywistości oznaczało to, że niektóre ubrania mogły wydawać się trochę dziwaczne. Gruby wełniany pulower do skórzanego poncho? Sukienki z moheru i koronki? To prawda, brzmi okropnie, ale przysięgam, ogólne wrażenie było szałowe. Czułam, że mój styl wyróżniał mnie z tłumu, pozwalał wyrazić indywidualność, osobowość, być sobą i tak dalej.
Wszystko to gwałtownie runęła wczoraj wieczorem, kiedy przyjechaliśmy na Manhattan i szliśmy do hotelu, w którym mieliśmy się zatrzymać na jedną noc, zanim uda nam się zlokalizować Merricka i wyciągnąć od niego zapasowe klucze od mieszkania. Gdy taksówka ruszyła East Village, a ja gapiłam się przez okno na ludzi idących ulicą, doznałam szoku. Niestety - nic nie pozostało z mojej oryginalności. Te swetry, które wydawały mi się takie wyjątkowe i stylowe? Tylko na jednej ulicy zobaczyłam cztery osoby w identycznych. I wygląda na to, że to nie ja na nowo odkryłam vintage'owe sukienki, bo paradowały w nich stada dziewczyn. No cóż. Czyżby moja eklektyczna osobowość ulatniała się? Czy już nie byłam tak interesująca? Może to co w szkole z kilkusetletnimi zasadami wzbudzało kontrowersje, wcale nie wydawało się wyjątkowe na ulicach ''Big apple'', gdzie żyli ludzie z fantazją? Zaczęło do mnie docierać, że na Manhattanie - to, co zdawało się oryginalne w zamkniętym światku prywatnych liceów, tu stawało się pospolite.
Nagle, kiedy tak siedziałam przy swoim biurku, w mojej głowie zakołatała myśl, że czeka mnie bardzo długie i bardzo samotne lato. Czy zaprzyjaźnię się z kimkolwiek? A może będę cały czas spędzać sama i liczyć dni do końca? Nie miałam pojęcia.
I wtedy zupełnie znikąd pojawiła się przed moimi oczami twarz Dimitriego, chłopaka z parku i działu zdjęć. Był bardzo seksowny i z całą pewnością wydawał się sympatyczny. Może udałoby się nam zaprzyjaźnić? A może stalibyśmy się dla siebie kimś więcej? Natychmiast zaczęłam marzyć o tym, jak razem z Dimitrim jadamy obiady w przytulnych knajpkach i chodzimy na filmy Woody Allena do klubów filmowych. W porządku, ale dla jasności - nie jestem zarozumiała, ani arogancka. W szkole zawsze sobie radziłam i wierzyłam we własne siły, i jeśli wyznaczyłam sobie cel, wiedziałam, że mogę to osiągnąć - no, może z wyjątkiem kontaktów z płcią przeciwną. Z tym jeszcze się nie uporałam i często nie mam pojęcia, co kieruje tymi istotami albo jak się z nimi zaprzyjaźnić. Oczywiście chodziłam na randki, miałam jednego czy dwóch chłopaków, ale nigdy żaden z nich nie był mi bliski.
- Hej, hej, ziemia do Olivii? - głos Max'a przerwał moje ponure rozważania na temat samotności.
- Przepraszam - odpowiedziałam pośpiesznie.
- Mamy się zgłosić w biurze. Idziesz? - zapytał.
- Jasne - odparłam i poszłam za nim i za Zoe.
Szliśmy długim korytarzem, a gdy skręciliśmy przy ksero, za rogiem ujrzeliśmy Antigone i Dimitriego w intymnym uścisku.
- Hej - zawołał on.
- Cześć - wymamrotaliśmy w odpowiedzi.
Tiggy obrzuciła nas spojrzeniem, uśmiechnęła się i nie odezwała słowem.
Poszliśmy dalej, a kiedy oddaliliśmy się na tyle daleko, że nie mogli nas usłyszeć, Zoey nachyliła się do mnie i wyszeptała:
- Zapomniałam Ci powiedzieć. Podsłuchałam jedną z redaktorek w łazience. Wiesz, ten przystojniak, on jest chłopakiem Tiggy.
Dobrze, że szła przede mną i nie widziała, jak moje policzki oblały się purpurą. Skrzywiłam się, podczas gdy moje wyobrażenie o rozświetlonym Manhattanie i randkach runęło w gruzach.
~~~~~~
- A ty jesteś...? - zapytał lodowaty głos, gdy podenerwowana stanęłam w drzwiach.
- Olivia. Twoja stażystka. Na lato - odparłam, przestępując z nogi na nogę jak trzylatek, któremu chce się siku.
- Ach, zawsze zapominam, kiedy zaczynacie - odparła, przewracając oczyma. - Zapewniam, że czasami z tego całego programu stażu jest więcej problemów niż pożytku!
Czy dałoby się jeszcze przenieść do nudnego działu weryfikacji informacji?
- Prze-przepraszam - wybąkałam niepewnie.
- Jesteśmy czasopismem, a nie żadną szkołą! - rzuciła rozdrażnionym głosem. - No trudno. Może któregoś dnia ty tu będziesz rządzić!
Uśmiechnęłam się z nadzieją. A w głębi duszy poczułam chłód. Wiedziała?
- HAHAHAHAHAHAHA - zaśmiała się jak hiena, odrzucając głowę w tył. Chyba żartowała. - Usiądź - zaproponowała w końcu, taksując mnie spojrzeniem, i wskazała na metalowy stołek, który wyglądał na bardzo niewygodny.
Na ścianie za CeCe wisiało mnóstwo zdjęć modelek w seksownych pozach, błyszczących fotografii 5 na 7 cali z logo agencji w prawym dolnym rogu: Division, Wilhelmina, Elite. Imiona modelek wymieniono w lewym dolnym rogu, wytłuszczonym drukiem: Esme, Lila, Eugenia, Zxykasmir.
Piękne twarze, jedna obok drugiej, dziewczyny z najwyższej półki, umówione w Illusion na sesje z najlepszymi fotografami na świecie. A CeCe Ward musiała gapić się na nie dzień w dzień, a czasem także i w nocy. Nic dziwnego, że stała się taka zgorzkniała.
- Dobrze, możesz zacząć od posegregowania nowych zdjęć - odezwała się z szyderczym uśmiechem.
Otworzyła swoją torebkę ze skóry krokodyla, od Hermésa Kelly, rozsunęła zamek błyskawiczny w jednej z przegródek i wyjęła papierosy. Położyła palec na ustach, jakby mówiła ''szszszsz'', i zapaliła. Wiedziałam, że palenie było surowo zabronione, bo mama kategorycznie zabraniała modelkom, które współpracowały z pismem i wszystkim ludziom, które je współtworzyli, palenia w czasie pracy. W domu nie zmieniała tej zasady. Tygodniami potrafiła nie odzywać się do taty, jeśli wyczuła minimalną woń papierosów. Ale teraz nie miałam wyboru i musiałam siedzieć w chmurach dymu i rozdzielać zdjęcia na kupki: blondynki, brunetki, rude. Modelki, którym fotografowano tylko części ciała - na przykład nogi do reklamy butów albo ręce do reklamy pierścionków i tak dalej.
- Czy to prawda, że jest modelka, która za sesję fotograficzną swojego tyłka bierze pięćdziesiąt tysięcy dolarów? - zapytałam, usiłując nawiązać rozmowę, podczas gdy CeCe wypuszczała z siebie kłęby dymu.
- Jak to się mówi w Europie? Dzieci i ryby głosu nie mają. - zadrwiła - Tu jest tak samo.
Poklepała mnie po głowie i wyszła, zgasiwszy przedtem niedopałek w popielniczce, która stała tuż obok mnie. Super. Tyle, jeśli chodzi o możliwość nauki i nabierania doświadczenia. Zaczynałam myśleć, że całe lato będzie zmarnowane. Wymigałam się od nieciekawego, niczym nie różniącego się od innych lat, lata w Obozie tylko po to, żeby odbyć staż, za który nie dostanę ani grosza i jeszcze w tym samym czasie ktoś będzie mną pomiatać.
***
Po otwarciu mniej więcej dwusetnej koperty, ucieszyłam się, kiedy nadeszła pora lunchu. Max słyszał, że podobno nikt nie wychodził na lunch poza ważniaczkami i że w Ravitz Hall - stołówce firmowej - jedzenie było tanie i niskokaloryczne.
Stołówka - zbudowana ze szkła - wyglądała jak ze Star Treka.
Stoliki znajdowały się w szklanych kabinach, ażeby zapewnić prywatność osobom, które chciały porozmawiać, i żeby jednocześnie widać było wspaniałe ciuchy. Przejścia - miniaturowe wersje wybiegu dla modelek - zostały podświetlone od spodu, tak żeby wszyscy piękni ludzie mogli przechadzać się po nich ze swoimi sałatkami.
Moja przyjaciółka Veronique i ja zawsze żartowałyśmy sobie, że prawdziwym koszmarem byłoby pośliznąć się i upaść podczas lunchu w stołówce szkolnej. Ale z perspektywy czasu taki fikołek na oczach głupich, rozpieszczonych panien, to drobnostka. Poślizgnąć się i wywalić na oczach wszystkich tutaj - to dopiero przeżycie.
Zoe i Max zamówili sałatkę, a ja stałam w kolejce po quesadillę. Kiedy w końcu ją dostałam, ruszyłam wzdłuż podświetlonego przejścia, nerwowo się rozglądając za współlokatorami. W końcu dostrzegłam ich przy stoliku pod oknem.
- Cześć - powiedziałam onieśmielona. - To miejsce jest szalone.
- Jasne, dupki, którzy chcą się pokazać, nie? - zażartowała Zoe.
- Hej tam, paskudy - zaśmiał się Richard, który podszedł, trzymając litrową dietetyczną colę w ręce. - Przysiądę się do was. Jak leci, nowa? - zapytał - Czy CeCe nie jest trochę nawiedzona? Stanowi najlepszy dowód na to, że nie wszystkie czubki siedzą w wariatkowie.
Uśmiechnęłam się i zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, pojawił się Dimitri.
- Cześć, mogę się do was dosiąść? Chyba wszyscy od nas gdzieś poszli. Nie ma, jak zrobić sobie wolne, kiedy terminy gonią - zauważył, potrząsając głową.
- A gdzie jest, Tig ? - dopytywał Richard.
- Wyszła z Elizą i Drew do jakiejś nowej kawiarni w hotelu Ian Schrager.
- A, masz na myśli tę z gigantycznymi akwariami, w których pływają ludzie przebrani za syreny? Niesamowita! - wykrzyknęła Zoey. Pamiętam jak ekscytowała się, kiedy ojciec Max'a, (tak, ten słynny aktor, Jeremy Irons) zaprosił ją i Max'a do owej kawiarni. - Mają miejsca zarezerwowane na dwa miesiące z góry.
Męczyłam się z nożem i widelcem, żeby ukroić kawałek rozwalającej się quesadilli i upaćkać się przy tym, a przy okazji wyobrażałam sobie, jak Antigone i jej świta delikatnie postukują pałeczkami i chwytają idealnie zrolowany kawałeczek sushi z umięśnionego brzucha jakiegoś ''syrena''.
- Jak wam leci? - zapytał Dimitri - Olivia, ty jesteś u CeCe, zgadza się? I jak tam na razie?
Niebiosa się otwarły, chmury rozstąpiły, zastępy chórów anielskich zaśpiewały sopranem. Pamiętał, jak mam na imię! I dla kogo pracowałam. Zwrócił na mnie uwagę. Hej, Olivia, chwila, nie rób z siebie idiotki. On jest chłopakiem laski, której tatuś ma ten stolik, tę kafeterię i cały budynek, w którym siedzisz. Tej jasnowłosej nimfy która nie jada lunchu w nudnej stołówce, ale w najmodniejszej restauracji w całym mieście! Wracaj na ziemię.
- No, niewątpliwie jest... oryginalna. - tylko tyle zdołałam wykrztusić.

poniedziałek, 28 października 2013

Liebster Award




LIEBSTER AWARD
„Nominacja do Liebster Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za 'dobrze wykonaną robotę' Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na jedenaście pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz jedenaście osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im jedenaście pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował.”


Nominowała mnie- Fräulein von Hohenzollern

 Nigdy nie pomyślałabym, że za opowiadanie, które z początku miało być jedynie
 prezentem dla ważnej dla mnie osoby, stanie się czymś z czego będę mogła być dumna. 
Naprawdę dumna.


1. Poglądy filozoficzne?
Nigdy się nad tym mocno nie zastanawiałam, ale chyba carpe diem połączone ze stoickim spokojem.
Dwie szkoły filozofów, z założenia dzielone przez przełęcz z robiących sobie wbrew zasad. Tak, to odpowiednie dla mnie podejście do filozofii życia.
2. Poglądy religijne?
O sobie mówię - ateistka. Tyle, że życie zmusza mnie czasami do postawienia pytania samej sobie, ile jest w tym prawdy? Wikipedia powiada, że jest to przyjęcie tezy, że żadni bogowie nie istnieją. Że nie wierzy się w nic. Ale ja wierzę. W coś. I mam nadzieję, że pewnego dnia sama dowiem się, czym jest owe coś.
3. Patrzysz na świat przez różowe okulary czy raczej widzisz rzeczywistość w ciemnych barwach?
Zawsze sądziłam, że największym problemem śmiertelników jest patrzenie na świat i widzenie tylko dwóch opcji. Białe-czarne, do przodu-do tyłu, dobre-złe.  A to nie prawda. Zawsze są przynajmniej 3 opcje.
Więc odpowiadając na pytanie, widzę świat w technikolorze.
4. Czym jest dla Ciebie pisanie?
Po pierwsze, wyrażaniem siebie.
Po drugie, szansą na to, by ktoś inny mógł wejść do mojego świata.
Po trzecie, po prostu dobrą zabawą.
5. Co lub kto jest Twoją inspiracją do pisania?
Inspiracja...
Takie jedno słowo - wiele znaczeń.
Na 100% mogę powiedzieć, że inspiracją staje się każda książka, która przeczytam. W każdym z moich tekstów, jest przynajmniej jeden cytat czy nawiązanie do jednej z jakiegoś miliona książek, które w życiu przeczytałam. Co do innych inspiracji, na ten moment nic o nich nie wiem.
6. Lubisz siebie?
Paradoksalnie trudne pytanie.
7. Twój typ osobowości według enneagramu?
Czwórka ze skrzydłem w pięć : 4w5 ''Włóczęga''
8. Kiedy czytasz książki, opowiadasz się po stronie dobra czy zła? Dlaczego?
Wiesz, to zawsze zależy od książki. Ja osobiście mam w sobie wiele cech socjopaty, więc zwykle jest to postać wyobcowana w fabule. Ale zawsze mam świadomość, że nie ma tylko dobra i zła. Zawsze jest coś pomiędzy.
9. Ulubione książki, filmy, muzyka?
Książki : ooo... dużo by wymieniać. Na pewno Percy Jackson i ogółem twórczość wujka Ricka; Harry Potter; Pretty Little Liars ostatnio dołączyły do tej listy. Kiedyś były pośród nich saga Zmierzch, ale aktualnie utrzymało się jedynie ''Przed świtem''. ''Obcy'' Alberta Camusa, to książka, która jest fundamentem mojej ideologii.
Filmów z zasady nie oglądam. Jeśli miałabym wymienić ulubiony, to podałabym Ci listę klasycznych filmów grozy.
Muzyka - każda. Słownie, KAŻDA. Słucham wszystkiego. Od klasyki rocka, przez pop i disco polo, do Bethovena i Debussy'ego.
10. Twój stosunek do śmierci?
Osobiście znam podstawy rytuałów pogrzebowych i tradycje czczenia zmarłych 80 % znanych sobie kultur, więc śmierć jest ostatnią rzeczą jakiej bym się bała.
Dodatkowo oddaję słuszność tezie, że jest to jedyna rzecz, którą musimy i przyznaję rację Coco Chanel, która stwierdziła, że życie to ''bieg na 1000 metrów do śmierci''.

11. Ulubiony bohater Przepowiedni bogów?
Absolutnie i niepodważalnie jest to Pandora. To w niej odnalazłam cechy bratniej duszy.
Choć i Łucznik, Lotnik i jak go tam jeszcze nazywają jest ciekawą postacią.

Nominuję :
  1. Mistic
  2. Lydia
  3. Diana Finkle
  4. Dżerr
  5. Kebabik xD
  6. Lenka ^^
  7. Adrianna
  8. Czarna Dama
  9. Merr
  10. Parafka ;3
  11. ---
[Listę uzupełnię w najbliższym czasie.]


Pytania, które zadaję (dla nominowanych) :
  1. Co znaczy dla Ciebie fakt, że piszesz ?
  2. Jak ważne są dla Ciebie opinie innych ?
  3. Która postać literacka miała największy wpływ na Twoją twórczość ?
  4. Jakie są twoje pasje i marzenia ?
  5. Umiesz opisać siebie jednym słowem ?
  6. Co myślisz o moim blogu ?
  7. Wolisz dzień od nocy, czy na odwrót i dlaczego ?
  8. Co motywuje Cię do dalszego pisania ?
  9. Jaką książkę przeczytałaś jako pierwszą ?
  10. Wierzysz w magię ?
  11. A w to, że gdzieś tam istnieje świat, w którym możesz być kimkolwiek zechcesz i że kiedyś do niego trafisz ?

sobota, 10 sierpnia 2013

Rozdział trzeci, czyli asurd i profeska idą w parze. Przynajmniej w tej branży.

Pierwszy dzień zapowiadał się dobrze. Nawet bardzo dobrze.
To było absolutnie surrealistyczne : stałam pośrodku oszałamiającego, migoczącego kolażu złożonego z projektantów, traktowanych jak popychadła przez długonogie, odziane w czerń redaktorki, podczas gdy w tle szumiały modemy, dźwięczały telefony i rozbrzmiewał francuski akcent.
Modelki przyszły na sesje próbne i ktoś fotografował polaroidem ich szczupłe, lśniące twarze. Torebki z krokodylej skóry, o Hermésa, Valentino, Chanel i Marca Jacobsa, zebrano w jednym miejscu do zdjęć, które miały stanowić ilustrację do artykułu o dodatkach ze skór gadów.
Uzbrojeni strażnicy z MacKay UOD, z walizeczkami przykutymi kajdankami do przegubów rąk, przenosili klejnoty do artykułu Brylanty najlepszymi przyjaciółmi kobiety, a fotograf w berecie kłócił się głośno z redaktorem odpowiedzialnym za sesję, o wynajęcie od zoo całego wybiegu dla niedźwiedzia na potrzeby dziesięciostronnicowego artykułu o najlepszych futrach na zimę.
Znajdowałam się w pełnym szaleństwa biurze magazynu Illusion - najlepszego pisma o modzie i popkulturze, biblii estetów, przewodniku modnych dziewczyn po tym, co jest trendy, co nosić, czego słuchać, a nawet co jeść (np. węglowodany = samo zło). Wokół kalejdoskopowa mieszanka hipsterów, kociaków i bufonów, a wszyscy - jeden przez drugiego - trajkotali przez malutkie komóreczki z napięciem, którego można by się spodziewać w Pentagonie niż w CondeNast - firmie wydawniczej. Ale w biurze ze stali i szkła, zaprojektowanym przez Ghery'ego , gwar i rozmowy o zbliżających się terminach były ogłuszające.
Na przykład ciężarówka przywiozła na St. Bart's niewłaściwe kostiumy bikini, wizażystka wrzeszczała na makijażystkę, że źle wyregulowała brwi modelce, a pager przekazywał informację o tym, że jedna  z sukienek Missoni ma rozdarcie. Wszędzie dookoła działo się coś dramatycznego.
Nie dziwiłam się mamie, że kochała swoją pracę. Choć z drugiej strony jaki jest sens w tym, że człowiek po kilkudziesięciu latach tak niewolniczo oddanej pracy będzie mógł oznajmić z dumą, że siedzi w pierwszym rzędzie pokazu Chanel i po drodze załapał się na kilka darmowych torebek od Prady.
A ja właśnie zjawiłam się na wstępne spotkanie w sprawie letniego stażu w słonecznym pokoju konferencyjnym ze szklanymi ścianami. Usiadłam na jednym z wolnych miejsc i czułam, jak mocno bije mi serce. Taca z ciasteczkami i rogalami pozostała nietknięta, choć w sali zaczęło robić się tłoczno.
Obok mnie siedziała dwójka moich towarzyszy : Max i Zoe.
Kiedy zaczęło się spotkanie, każde z nas musiało się przedstawić. Na przykład : ''Max Irons. Zodiakalny Byk. Z Brooklynu. Skacowany.'' Moja przyjaciółka zachichotała.
Ja nie miałam do powiedzenia nic ciekawego : ''Olivia Vega z Manhattanu.'' Być może byłam przewrażliwiona, ale kiedy wymieniłam nazwisko mamy, (które na marginesie, specjalnie wybrałam) po sali przeszła fala zdziwienia, a tuż za nią fala gorączkowych szeptów. Wymsknęło mi się też, że ''nie mogę się doczekać'' żeby poznać tych ludzi, i w tej samej sekundzie, w której słowa wybiegły z moich ust jak na chmurkach w komiksie, uświadomiłam sobie, że zabrzmiało to jakbym była rozentuzjazmowaną dwunastolatką przed okresem dojrzewania. No trudno. Kiedy wszyscy skończyli, każdy z redaktorów wyjaśnił, jakim działem się zajmuje, a wtedy Alida Jenkins, dyrektorka, zaczęła opisywać na jakiej zasadzie działa program dla stażystów.
Mówiła już od jakiś dziesięciu minut, kiedy nagle drzwi otworzyły się z impetem. W progu stanęły trzy bardzo dobrze ubrane dziewczyny. Miały idealne włosy, każda inne. Pierwsza z lewej miała ciemnobrązowe, sprężyste loki z jasnobrązowymi pasemkami, środkowa cudownie proste włosy do pasa, w miodowym odcieniu (takie jak Heidi Klum), a ta z prawej miała płomiennorude włosy, ścięte na postrzępionego boba. Wszystkie trzymały w ręku największe kubki z kawą ze Starbucksa i sprawiały wrażenie, jakby śmiały się z jakiegoś żaru, który był tak zabawny, że nie mogły przestać chichotać, nawet kiedy zauważyły, że spotkanie już trwa.
Ja bardzo bym się speszyła, gdybym narobiła takiego zamieszania, że wszystkie głowy zwróciłyby się w moją stronę, ale te panienki w ogóle się niczym nie przejęły.
- O mój Boże, Alida! Zaczęłaś bez nas ? - zapytała blondynka. Spojrzała na swój zegarek Carter, jak udało mi się dostrzec nawet z daleka. - LeeLee, dlaczego nie powiedziałaś, że już piętnaście po dziesiątej ? - rzuciła oskarżycielskim tonem do tej, która wyglądała jak krótko ścięta Rita Hayworth.
Kto z takim zegarkiem musiał pytać przyjaciółkę o godzinę ?
- W porządku, Anitgone. Wejdź. Dopiero zaczęliśmy. - oznajmiła Alida, uśmiechając się nerwowo.
- Baaaaaaardzo przepraszamy. - odezwała się ciemnowłosa. Ta, wyglądająca jak Heidi, najwyraźniej przywódczyni grupy, podeszła do Alidy i zamarkowała całusa. Następnie zamiast usiąść, odwróciła się, żeby spojrzeć na stażystów zgromadzonych w sali.
- Na pewno ominęła mnie ta cała zabawa z imionami, więc przedstawię się teraz. Nazywam się Tiggy Ravitz. To mój drugi letni staż tutaj, studiuję w Brown.
Rozejrzała się wokół, żeby upewnić się, że wszyscy słyszeli. Rzuciłam okiem na jej przyjaciółki, przekonana, że teraz one dadzą występ, ale Anitgone nie dała im szansy. Tak na marginesie, to jak nienormalnym trzeba być, żeby dać tak na imię własnemu dziecku ?
-Słuchajcie - ciągnęła - Chciałam tylko powiedzieć, że pewnie w tej chwili jesteście podenerwowani, ale nie martwcie się. Wszyscy tutaj są bardzo mili i dlatego to jest najlepsze pismo na całej planecie, więc wyluzujcie. Oczywiście każą nam ciężko pracować, prawda, Alida ? - Nie zrobiła nawet najmniejszej pauzy, żeby dać dyrektorce szansę na odpowiedź. - Ale będzie warto. To najskuteczniejszy sposób, żeby się wkręcić, jeśli chcecie pracować w świecie mody.
Nie brakowało jej tupetu. To, co powiedziała, było w zasadzie neutralne, ale sposób i ton przemowy wydawały się, no nie wiem, jakieś takie obraźliwe. Ta jej pewność siebie ! I protekcjonalne zachowanie. Tak, jakby to wszystko należało do niej.
- Oddaję Ci już głos Alida, ale pozwól, że jeszcze przedstawię swoje przyjaciółki. One nie znoszą przemawiać publicznie. To jest Drew Tanaka - wskazała na dziewczynę o azjatyckim typie urody - a to Eliza Klein. - pokazała na sobowtór Rity Hayworth.
Obie dziewczyny spuściły oczy i skrzywiły się lekko.
- Przywitajcie się! -poleciła im Tiggy.
Przyjaciółki wymamrotały coś cicho i blondynka uśmiechnęła się lekko, jakby chciała powiedzieć: ''Ach, te dziewczyny'', a potem wszystkie trzy usiadły
- Okej, kontynuujmy. - odezwała się Alida.
Spotkanie potoczyło się dalej i dyrektorka wyjaśniała przepisy BHP i wszystkie inne sprawy. Słuchałam uważnie, ale co jakiś czas moje oczy wędrowały ku Antigone, Drew i Elizie. Już same ich postacie onieśmielały.
Gdy spotkanie zaczęło dobiegać końca, ton Alidy zabrzmiał poważnie.
- I wreszcie chciałabym oznajmić, że od koniec dnia zostaniecie przydzieleni do biur różnych redaktorów. Po wyznaczeniu wam redaktora prowadzącego nie ma już szans na zmianę, chyba, że sam redaktor o to poprosi. Ale jest jedno stanowisko, które nie zostanie dziś obsadzone, najbardziej atrakcyjne stanowisko : młodszej asystentki Ariadny Vega, redaktor naczelnej. - Alida wymówiła imię mojej mamy z nabożną czcią. - O tym zadecydujemy za dwa tygodnie i weźmiemy pod uwagę wyniki waszej pracy. To bardzo odpowiedzialne zajęcie i tylko jedno z was może je otrzymać. Choć jest to wielkie wyzwanie, nigdzie nie można nauczyć się tyle co pod okiem Ariadny. - Masz absolutną rację, paniusiu. Myślisz, że skąd te moje wszystkie dobre oceny ? - Sugeruję więc, żebyście włożyli maksimum wysiłku tam, gdzie zostaniecie przydzieleni, bo to jedyny sposób, by mieć szansę na pracę w biurze redaktor naczelnej.
Od razu postanowiłam, że by dostać się do biura mamy. Dla mnie oznaczało to wejście na szczyt. Utratę życia również, ale tym postanowiłam przejmować się później. Zamierzałam ciężko pracować przez następne kilka tygodni, brać dodatkowe zajęcia, proponować wszystkim pomoc i zrobić tyle, ile się da, żeby zdobyć to stanowisko.
Antigone podniosła rękę i Alida skinęła głową.
- W zeszłym roku Aria przyjęła dwoje stażystów, czemu w tym roku jest inaczej ? - zapytała nadąsana.
Bo w tym roku znalazła kompetentną asystentkę przed stażem, snobko. - chciałam jej powiedzieć. Skoro jest taka obeznana, dziwiło mnie, że tego nie wie.
- Uznała, że było z tym zbyt dużo zamieszania. - wyjaśniła Alida. Że co ?!
- Ona jest taka zakręcona - przyznała Tiggy z wyraźną czułością - Okej, dziewczyny - dorzuciła, wstając i dając znak przyjaciółkom, by też się podniosły.
Alida wydawała się zaskoczona i rozzłoszczona tym, że Tiggy zakończyła w ten sposób spotkanie. Nie odezwała się jednak i sama wstała.
- Lista, na której możecie zapisać się do biur poszczególnych redaktorów jest tam. - wskazała ręką odległy kąt sali.
Tiggy i jej świta szły już do wyjścia.
- Ja pracuję u Ciebie Alida. - rzekła Antigone z uśmiechem. - Drew przydzieliłam do Stef, a Elizę do Nigela. - dodała tonem bardziej rozkazującym, niż proszącym.
Alida skinęła głową, ale zmarszczyła brwi. Ewidentnie nie zachwycało jej to, że Tiggy znowu będzie dla niej pracować.
Gdy tylko jasnowłosa i stado jej gąsek wyszły, wszyscy odetchnęli z ulgą i pognali do kąta, w którym leżał formularz zapisów. Czyżby wiedzieli już coś o tym, kto jest miły, a kto nie? Bo ja z pewnością nie miałam pojęcia.
- Do kogo się zapisujesz? - spytałam Maxa.
- Do Warrena Franka. Dba o fotografów. Co prawda słyszałem, że zachowuje się jak primabalerina, ale myślę, że sobie poradzę. - odparł, mrugając porozumiewawczo do Zoe. Ta w zamian dała mu kuksańca.
- A ty ? - zwróciłam się do przyjaciółki.
- Nie ma za dużego wyboru, ale do Viv Mercer, ona prowadzi sesje.
Rzuciłam okiem na listę. Została tylko CeCe Ward, która zajmowała się rezerwacjami i podobno była okropna, oraz jakaś babka, Mary-Elizabeth Fillerton, która przeprowadzała weryfikację danych i informacji. Nie miałam zamiaru utknąć na całe lato w pokoju i siedzieć przy komputerze, sprawdzając, w którym roku Cindy Crawford i Richard Gere się rozwiedli albo coś równie nudnego. Wzięłam głęboki oddech i zapisałam się do CeCe, modląc się by plotki o jej rzekomym okropieństwie okazały się przesadzone. Ale to i tak nie miało znaczenia, bo planowałam pracować u niej tylko dwa tygodnie, a potem przejść do biura redaktor naczelnej.
Kiedy wszyscy wyszli, przyłączyłam się do Maxa i Zoe.
- O co chodziło z tą Tiggy ? Zachowywała się, jakby to wszystko należało do niej. - zażartowałam.
- Złotko, przecież należy! Nie słyszałaś jej nazwiska ? - zapytała Zoe.
- Nie pamiętam.
- Ravitz. Mówi Ci coś nazwisko Irv Ravitz ? Jej tatuś jest tutaj wielką szychą. Szefem, szefów, że tak to ujmę. - wyjaśnił Max.
Westchnęłam. Ach, teraz już wszystko jasne. Nieźle. Nic dziwnego, że się tak szarogęsiła. miliardy znakomicie wpływają na poczucie własnej wartości.
~~~~~~
W biurze starałam trzymać się Zoe i Maxa i starałam się zapamiętać każdą nową osobę i dopasować do opisów, które czasem mogłam usłyszeć od mamy. Pomimo butów od Blahnika na dziesięciocentymetrowych obcasach Alida szła tak szybko, że z trudem za nią nadążałam, chociaż miałam na nogach espadryle na słupku, od Hilfigera. Oprowadziła nas po pomieszczeniu z wysokim sufitem, w którym działo się wszystko, co miało związek z modą i pokazywała nam, gdzie co jest, zupełnie jak w scenie z filmu ''Chłopcy z ferajny'', tylko tu nie było pistoletów.
Jakaś szalona kobieta z impetem przemknęła przez korytarz, wrzeszcząc przez komórkę i rzucając gromy na Air France z powodu zagubionego bagażu.
- To twoja szefowa, CeCe Ward. - wyjaśniła Zoey i skrzywiła się - Podobno, jak przyniesiesz jej kawę z mlekiem jednoprocentowym, a nie odtłuszczonym, to Cię nią obleje i jeszcze opluje tym, co zdążyła wziąć do ust. -oświadczyła.
- Zamknij się ! -zawołałam z niedowierzaniem. I przerażeniem.
- Tak, tak. - dodała jakaś gotka za nami - Słyszałam, że zemdlała za kulisami pokazu Laurena, bo przez trzy dni nie jadła nic poza kawałeczkiem rogalika.
Wiedziałam, że w tym środowisku obsesja na punkcie wyglądu zakrawa na absurd i paranoję, ale to już przesada. Chyba, a raczej na pewno źle trafiłam z tą CeCe.
~~~~~~
- A to jest dział zdjęć - powiedziała Alida, pokazując słoneczne studio z deskami kreślarskimi i miejscem do przeglądania negatywów z sesji.
- Przepraszam. - usłyszałam za sobą głos, który przeszkodził mi w napawaniu się idealnym widokiem na rzekę Hudson. Głos, który znałam, aż za dobrze. Jak na komendę, obróciłam się i ujrzałam fantastycznego, szczupłego chłopaka, który niósł pięć czarnych teczek. Wysoki blondyn, miał oczy w tym cudownym, trudnym do opisania kolorze, ocienione najpiękniejszymi rzęsami jakie widziałam. - Sorry, ale to dzień oddawania portfolio. - dodał, uśmiechając sie i jednocześnie kładąc stos teczek na desce w kącie. Podszedł do nas przy arkadowych drzwiach. - Hej, przepraszam, że się przepychałem. Jestem Dimitri.
Zachowywał się tak, jakby incydent w parku w ogóle nie miał racji bytu. Kiedy uścisnęłam jego dłoń, przebiegło między nami coś niewypowiedzianego. Zanim zdążyłam wydusić swoje imię, w jego oczach błysnęło coś na kształt rozumienia. Przerwali nam Zoe i Max, którzy trącali się łokciami i uśmiechali. Alida tymczasem pognała dalej i pospiesznie za nią ruszyliśmy. Nie zrobiliśmy nawet siedmiu kroków, kiedy Max wypalił :
- Złoootko, zarumieniłaś się.
- Niezłe z niego ciacho, co ? -spytała Zoey - Jest asystentem redaktora działu zdjęć, studiuje na Brown i wygląda... -rozmarzyła się. Max wrócił ją do pionu.
- A ja to co ?
Kiedy wrócili do swoich zwyczajowych kłótni, zaczęłam szybko myśleć. Do licha ciężkiego, rzeczywiście się zaczerwieniłam. Moja cholerna twarz zawsze była jak otwarta księga. Weź i wyczytaj co chcesz.
- Jest śliczny. - przyznałam speszona.
Nawet nie wiedziałam do czego doprowadzi ta głośno wypowiedziana myśl.

piątek, 26 lipca 2013

Rozdział drugi, czyli każdy coś potrafi, ale o niektórych sprawach lepiej mówić szeptem.

Poranek nie był tak koszmarnym doświadczeniem, jak się tego spodziewałam.
Jako posłańca wysłano do mnie najsłodszą część rodziny, czyli Biankę.
Wpadła do mojego pokoju jak roztańczona, pełna radości i energii burza. W szmaragdowych oczach lśniło podniecenie.
- Livia, chodź, chodź, chodź. - wołała skacząc po łóżku.
Niestrudzona moimi żałosnymi próbami kapitulacji, ściągnęła mnie z łóżka.
Na dole, przy zastawionym stole, siedział tylko Merrick, który, co do niego nie podobne, uśmiechnął się na powitanie.
- Wielki powrót Kopciuszka. - zironizował. To by było na tyle, w kwestii miłego brata.
Przejrzałam się w jednym z wszechobecnych luster. Wyglądałam jak śmierć. No może nie dosłownie, bo bóstwa śmierci jakoś wyglądają. Nawet lepiej niż jakoś.
Miałam oczy zapuchnięte od właściwie nieprzerwanego płaczu, włosy w nieładzie po rzucaniu się po łóżku, bo znów śnił mi się dziwny sen.
*****
Spadam ! Lecę bezwładnie, koziołkuję w powietrzu...
- Olivio !
Woła mnie, a jego głos sprawia, że serce zaczyna mi walić.
- Pomóż mi !
On też spada. Wyciągam rękę i próbuje go złapać. Chwytam jedynie powietrze. Nie czuję gruntu pod nogami, ale wydaje mi się, że brodzę w błocie. Dotykamy się czubkami palców i nagle w ciemnościach widzę lodowate iskierki.
Potem mi się wymyka i wiem, że go straciłam.
Szałwia. Czuję jego zapach, nawet teraz.
Ale nie mogę go pochwycić.
I nie mogę bez niego żyć.
*****
Coś musiało być ze mną nie tak.
Zakochiwałam się w chłopaku, którego widziałam dwa razy, z czego raz był to tylko sen.
Podobne sny potomków bogów nigdy nie są 'po prostu'.
Teraz nie byłam pewna czy chciałam, żeby to był tylko sen, czy może jednak coś więcej.
Ktoś zapukał do drzwi.
- Ja otworzę. - stwierdziłam cicho, choć żadne z dwójki mojego rodzeństwa nawet nie ruszyło się znad pełnych talerzy.
W drzwiach stał nasz portier ze sporym, prostokątnym pudełkiem.
- Dzień dobry, panno Vega. - powitał mnie.
- Di Angelo. - poprawiłam go automatycznie.
- Ach, tak. Najmocniej przepraszam - podał mi pudełko - Przesyłka dla pani.
- Dla mnie ? Od kogo ?
Wzruszył ramionami.
- Nie wiem wszystkiego, panienko. Miłego dnia.
Uznałam, że nie mam po co wracać do jadalni, bo i tak nie byłam głodna, więc pobiegłam na górę, żeby w spokoju rozpakować paczkę.
Owinięte srebrzystym papierem, błękitne pudełko zawierało list i złoty nóż.
Poznałam cesarskie złoto, a więc rzymski sztylet. Jaki rzymski półbóg miałby interes w przysyłaniu mi broni. Chyba, że to... nie, o tym wolałam nie myśleć.
Rozerwałam kopertę z listem, takiej treści :

Chyba niezbyt spodobało Ci się, iż zniszczyłem twoją sukienkę, więc w ramach zadośćuczynienia, przyjmij proszę przedmiot, który się do tego przyczynił.
Uznałem, że przyda Ci się bardziej niż mnie.
D.

Tylko jedna osoba mogła napisać taki list.
Czyli wczorajszy wieczór, a przynajmniej lepsza jego część nie był snem.
Niestety potwierdzały to również smutne resztki, przepięknej sukni, której ani ja ze swoim talentem, ani mama z tabunem znających się na tym ludzi, nie dało rady uratować. Mimo to, nie potrafiłam tak po prostu jej wyrzucić.
Z ociąganiem przebrałam się w żółtą sukienkę, dżinsową kurtkę i sandałki z rzemyków. Dodałam do tego naszyjnik z lapis-lazuli i bransoletkę.
Ze słuchawkami w uszach wróciłam na wyściełany parapet i przez prawie godzinę wpatrywałam się tępo w panoramę Manhattanu, słuchając ''Infinite arms''. Z letargu wyrwał mnie wrzask Merricka, informujący mnie, że za 5 minut wychodzimy.
Złapałam torbę i pośpiesznie spakowaną walizkę. Szarpiąc się z nią całą drogę na dół, wsiadłam do samochodu.
- Cześć Argusie. - przywitałam się z szefem obozowej ochrony i czasem kierowcą tejże instytucji. Kiwnął głową na przywitanie. Argus jest stworzonym przez Herę stuokim i wszyscy podejrzewają, że oko ma również na języku, co zapewne utrudnia prowadzenie konwersacji.
Droga się nam dłużyła, każde zajęło się sobą i kiedy wyjechaliśmy na ubitą, polną drogę prowadzącą do Obozu Herosów, Merrick stwierdził :
- Kolejne nudne, obozowe lato.
Zjeżyłam się na te słowa.
W sumie byłabym nie gorszą wyrocznią od Rachel.
~~~~~~
Słowo o naszych talentach.
Zacznę od najstarszego.
Merrick - pamiętacie serial o 5 czarodziejkach, 'Witch', czy jakoś tak ? Przewodziła im taka ruda, która porozumiewała się z elektrycznością.
Merrick zgoła potrafi to samo.
Gada z telefonem, lodówką, tosterem, pralką i wszelkimi innymi sprzętami na prąd. Każdy taki przedmiot ma oczywiście imię adekwatne do funkcji : Tedphone, Frannidge, Maxter i.t.d.
Bianka ma chyba najfajniejszą moc.
Potrafi komunikować się, a nawet ożywiać zwierzęta. Kiedy miała 4 latka, wracałyśmy do domu przez cmentarz, żeby skrócić drogę. Bianka zauważyła ptaka ze złamanym skrzydłem i zaczęła go gonić, żeby zabrać go do domu i wyleczyć. Niestety zwierzę spanikowało i w nieudolnej próbie lotu wpadło na ścianę kamiennego grobowca. Moja siostra strasznie rozpaczała, podeszła do martwego ptaszka i dotknęła go.
O dziwo, rozprostował skrzydła, które były już całe i odleciał. Bianka wesoło mu machała, a ja stałam osłupiała. Kiedy powiedziałam o tym mamie, z początku nie chciała uwierzyć, a mój głupi, starszy brat zaproponował otrucie chomika 4-latki, za co tata zdzielił go w głowę. Koniec, końców mama któregoś dnia przywiozła ze schroniska jakąś psią przybłędę bez oka (mówiłam już, że ma bzika na punkcie psów?). Dbałyśmy o niego, ale i tak po tygodniu zdechł.
Wszyscy, włącznie ze mną, zapomnieli o dziwnym epizodzie na cmentarzu.
Ponieważ pies zdechł rano, zanim wszyscy wstaliśmy, nikt nie wiedział o jego śmierci, dopóki po całym domu nie rozniosło się echo przerażonego krzyku Bianki. Wszyscy czym prędzej zbiegliśmy na dół, a tam najmłodsza z familii, w najlepsze bawiła się ze zwierzakiem, który jeszcze chwilę wcześniej był martwy. Skąd to wiedziałam ?
Ponieważ ten, z którym bawiła się czterolatka miał zdrowe oczy i biegał wesoło, a poprzedniego wieczoru ledwo co unosił łeb.
I tak Nekrós, co po grecku znaczy tyle co martwy, został z nami.
A ja ?
Po prostu wiem kiedy ludzie kłamią. Nie ważne czy celowo.
Wspominałam już, że z ludzkiej aury czytam jak z otwartej księgi ?
Dlatego nie lubię spędzać czasu z ludźmi. Kłamią, ukrywają prawdziwe emocje, grają nie gorzej od takiego, weźmy na przykład Brada Pitta.
~~~~~~
Okej, wróćmy do rozmowy.
Czyli lato nie będzie nudne. Nic nowego. Na tym obozie nigdy nie było nudno. Obóz Herosów nie byłby Obozem Herosów, gdyby było tam spokojnie.
Bez kłopotów udało nam się dotrzeć na miejsce.
Przerzuciłam torbę przez ramię, wyciągnęłam przyciężką walizę i mozolnie zaczęłam taszczyć ją do skupiska domków.
Za zgodą wszystkich zainteresowanych stron mieliśmy do wyboru zamieszkanie w Jedynce lub Trzynastce.
Zwykle wybierałam Trzynastkę. Mimo, że był to domek Hadesa, było tam... przytulnie? Tak, to chyba dobre słowo. Wnętrze nie przyciągało do siebie, wręcz odpychało.  Ściany z czarnego, zimnego obsydianu. Czaszka nad drzwiami. Pochodnie z zielonym płomieniem, który nocami tańczył na kamiennych ścianach, urządzając doprawdy wspaniały teatr cieni.
To był jedynie kamuflaż.
W środku na ścianach wytapetowanych kremową tapetą, która na wysokości parapetu zmieniała się w złoto-bordowe paski, wisiały czarno-białe fotografie z tamtegoż okresu. Kobiety w eleganckich kapeluszach, mężczyźni w garniturach i szelkach. Na środku stał okrągły stół przykryty zdobną, koronkową serwetką, obstawiony trzema krzesłami. Prosta sofa obita prążkowaną tkanina i taki sam fotel. Drewniana komódka z wyrzeźbionymi liśćmi na obrzeżach. Dekoracją były jedynie zdjęcia, zegar szafkowy i witrażowe lampki.
,, Naj­ważniej­sze jest, by gdzieś is­tniało to, czym się żyło: i zwycza­je, i święta rodzin­ne. I dom pełen wspom­nień. Naj­ważniej­sze jest, by żyć dla powrotu. ,,
  Rzuciłam torbę na jedno z dwóch łóżek, a walizkę pod nie. W łazience przeczesałam włosy, które nie wyglądały już jak stóg siana. Najwyżej jak nieudana trwała.
Przeszłam obóz wokół, licząc na to, że spotkam kogoś ze starej paczki. Najwyraźniej nikt jeszcze nie przyjechał. Cóż, nie dziwiłam się. Rok szkolny skończył się dopiero wczoraj, na obozie było ledwo kilkunastu całorocznych.
Ktoś otoczył mnie silnymi ramionami. Z przyzwyczajenia wycelowałam sztyletem w serce napastnika.
- Livka, spokojnie. To tylko ja. - Jeremy puścił mnie.
Jeremy był jedynym synem bogini Harmonii. Blond loki zawsze idealnie równo przystrzyżone, oczy miały kolor węży, z którymi Jeremy świetnie się dogadywał. Jego wygląd był niezwykle symetryczny, jako że jego matka była boginią ładu i symetrii.
- Cześć. - schowałam nóż do pochwy przy pasku spodni. - Już przyjechałeś ?
- Z godzinę przed wami. Dobrze Cię widzieć. - uścisnął mnie jeszcze raz.
Spacerem dotarliśmy na plażę, gdzie Jeremy opowiedział to co działo się w jego życiu od ostatnich wakacji. Ja jakoś nie chciałam chwalić się wykluczeniem społecznym i co gorsza, nieudanym balem. A jednak chłopak musiał mieć jakiś dar obserwacji, bo po ataku łaskotek na poprawę humoru, spytał co się dzieje.
- Pff... Wykluczenie społeczne, ot co.
- Biedactwo. - objął mnie ramieniem na pocieszenie. - Co powiesz na trening ?
Ten chłopak zawsze wiedział czego mi trzeba. Uśmiechnęłam się szeroko.
- Zawsze i wszędzie. O każdej porze.
- Superdetektyw Ci dopomoże!!! - wrzasnął wesoło Jeremy i urządziliśmy sobie nie planowany wyścig na arenę.
~~~~~~
Oczywiście go przegoniłam. Chciałabym to powiedzieć, ale ma się rozumieć, było wręcz odwrotnie.
- Dobra, wygrałeś. - krzyknęłam za nim. Jeremy już wpadał na arenę, a mnie nadal dzieliło od niej jakieś 100 metrów.
Kiedy do niej dobiegłam, moim jedynym marzeniem była butelka wody. Zasapana opadłam na ławkę i pokazałam gestem 'time-out'.
- Ktoś tu wypadł z formy. - roześmiał się mój przyjaciel - ale zaraz to nadrobimy.
~~~~~~~~
Ile powodów na wysłanie Jeremy'ego do Hadesu mam podać ?
Mi wystarczył jeden : Morderca!
Ledwo dowlokłam się do trzynastki, a już wpada do niej rozentuzjazmowana Zoe.
- Wstawaj leniu, ojczyzna wzywa.
- Niech Cię Tartar pochłonie. - wymruczałam cicho, mając nadzieję, że tego nie usłyszy. A może usłyszy. Sama już nie wiem.
- Też Cię kocham. - cmoknęła powietrze - Kolacja.
Tak szybko ? Zerknęłam na cyferblat zegara. Rzeczywiście, już 9.00.
- Dobra, idę. Ale wyglądam jak własna babcia... chociaż nie. Moja babcia była przynajmniej ładna. Aa.. - Padłam z powrotem na łóżko. Zoe usiadła obok i pogłaskała mnie po plecach, taki matczyny gest.
- Zainwestujemy w szczotkę do włosów, makijaż. Będzie fantastycznie. - pocieszyła mnie. Czemu wszyscy muszą się nade mną litować ?
Zoe pastwiła się nade mną całe 10 minut. Dla mnie było to równoznaczne z wiecznością. Ale efekt, przyznaję - przeszedł moje oczekiwania. Po raz kolejny z lustra patrzyła na mnie obca osoba, choć w tej widziałam parę znajomych niedoskonałości.
- Jesteś aniołem. - powiedziałam z aprobatą.
- Wiem. - skwitowała z typową dla siebie 'skromnością'. - Idziemy.
Wieczór nie zapowiadał się już tak depresyjnie.
^^^^^^
Kolejny miesiąc minął, tak jak wyrokował Merrick, spokojnie i, no cóż, nudno.
Kiedy po kolejnej kolacji usiedliśmy przy ognisku, Zoe wpadła na kompletnie szalony pomysł.
- Co byście powiedzieli na to, żeby kolejne nudne obozowe lato, zamienić na lato w wielkim mieście.
- Oszalałaś ?! - spytaliśmy we trójkę : ja, Jeremy i Max.
- Oj, od razu oszalałaś. Po prostu proponuję, żebyśmy przeżyli coś nowego, coś szalonego, no wiecie Pah, pah, pah. - zrobiła ilustrujący to gest.
- Aż tak ? -spytał sceptycznie Jeremy.
- Wiesz, świeżym bądź. - pchnęła go przyjaźnie w ramię.
Bo jakby się nad tym dłużej zastanowić, to to wcale nie był taki głupi pomysł. Nie bez powodu mówi się, że w każdym szaleństwie jest metoda.
- A mi to się nawet podoba. - chłocy spojrzeli na mnie, jakbym była jeszcze większą wariatką od Zoe. (O ile jest to możliwe.) - Dajcie spokój, rok w rok przyjeżdżamy tutaj. Siedzimy tu dwa miesiące robiąc dokładnie to samo i wracamy do miasta, żeby przez kolejne 10 miesięcy widywać tylko szkołę i dom.
- Słyszałam, że w biurze twojej mamy organizują staż. Moglibyśmy się podłapać.
Przyznaję, że w pierwszej chwili przeraziła mnie ta myśl. Rodzice urwaliby mi głowę, jeśli dowiedzieliby się, że opuściłam obóz bez niczyjej zgody. Ale po chwili dotarło do mnie, że nie ma ich w mieście. Ba! Nie ma ich nawet w kraju, a i na kontynencie.
Z każdą sekundą szalony pomysł podobał mi się coraz bardziej.
- Ale to nie jest normalne. -próbował protestować Max. Chociaż oboje dobrze wiedzieliśmy, że jeśli jego dziewczyna się na to uprze, to on ślepo za nią podąży. Koniec, kropka.
- Zróbmy to. - zaczął Jeremy wyciągając rękę do przodu. Po kolei kładliśmy dłonie na dłonie, mówiąc : ''- Za najlepsze wakacje w życiu.''. Po czymś takim, nie było odwrotu. A to był dopiero początek.
~~~~~~~~

środa, 3 lipca 2013

Rozdział pierwszy, czyli dziewczyna w sukience poznaje chłopaka ze snów.

- I... koniec. - zabrzmiał głos pana Castera w klasie pełnej arkuszów egzaminacyjnych - Proszę odłożyć ołówki.
Mimo fatalnej karmy kłębiącej się w szkole, bogowie uśmiechnęli się do mnie przy pokonywaniu ostatniej wielkiej przeszkody semestru.
Może byłam towarzyskim wyrzutkiem, ale w kwestii ocen czułam się pewnie.
Odetchnęłam, z uśmiechem oddając test. Byłam gotowa pędzić do domu, żeby pakować się na obóz. Ach koniec szkoły !
Ale wtedy poczułam ukłucie - szkoła mogła być zakończona do następnego roku, ale przede mną jeszcze jedna przeszkoda, czyli Złoto-Srebrny Bal.
Ja wcale nie chciałam na niego iść, ale bilet miałam kupiony od października, a w moim pokoju od wczoraj wisi, bądź co bądź piękna, ale jak na mój gust zdecydowanie za droga suknia.
Wychodząc ze szkoły rozejrzałam się po okolicy, wszystkie inne moje koleżanki wsiadały do drogich samochodów, a na mnie czekał tylko mój przyjaciel, Ciro.
Tak na marginesie, Ciro jest satyrem. Chodzi o kulach, ale bynajmniej nie dlatego, że ma chore nogi. Jego nogi są w świetnym stanie, jeśli nie przeszkadza Ci fakt, że są kozie.
Ciro opierał się o fontannę na środku dziedzińca, który, jak cała reszta szkoły był przesiąknięty prestiżem i zbytkiem.
Pośród dziewczyn z którymi musiałam spędzać czas, były dziedziczki ogromnych fortun i firm. Nazwiska występujące na liście uczennic i absolwentów Tate pokrywały się w 99 % z listą 500 najbogatszych ludzi. Czemu nie w 100 ?
Bo ja przyjęłam nazwisko taty, a nie mojej sławnej mamy. Czemu to zrobiłam ? Nie wiem.
Może dlatego, że nie lubię być w centrum uwagi. Tę cechę charakteru również odziedziczyłam po tacie. Kim są moi rodzice ?
Półbogami. Dlatego Ciro mnie pilnuje. Jest moim opiekunem od przedszkola.
- Proszę państwa, oto najpiękniejsza panna w Nowym Jorku. - zawołał Ciro. Nie do końca się z nim zgadzałam. Co prawda byłam podobna do mamy, ale miałam za małe oczy i według mnie zbyt duże uszy. Moje włosy były równie ciemne jak reszty mojego rodzeństwa, ale ich były lśniące, a moje przypominały stóg siana. Byłam równie szczupła co moje koleżanki, byłam też jedną z wyższych osób w szkole. Ale i tak czułam się okropnie nijaka pośród dziewczyn z klasy, dla których normą były torby i buty za kilka tysięcy dolarów.
- Cześć Ciruś. - przywitałam się, nielubianym przez niego zdrobnieniem - Co tu robisz ?
Zmieszał się trochę. Chyba wcale nie chciał mówić o tym dlaczego tu jest. Ale skoro był moim opiekunem, powód mógł być tylko jeden.
- No, tego.. - bąknął - Twoja mama kazała mi Cię pilnować.
Oczywiście, mogłam się tego domyśleć. Moja mama była świetna, ale lekko świrowała na punkcie bezpieczeństwa.
Ciro odprowadził mnie do naszego mieszkania na Upper East Side.
- Wejdziesz ?
- Chyba mi nie wolno.
- Jak nie wolno, skoro Cię zapraszam.
Ściągnął tenisówki ze sztucznymi stopami i kozie kopyta zastukały o miodowe panele, którymi wyłożony był hol.
Z kuchni wybiegła moja młodsza siostra, Bianka. Przytuliła się do nóg Ciro. Weszłam do kuchni i usiadłam zmęczona przy blacie.
- Witaj Olivio. - powitała mnie Martha, nasza gosposia. Z garnków stojących na kuchence, dochodziła miła woń kurczaka i papryki.
- Cześć Martho. Jest mama ?
- Nie, jeszcze nie wróciła, ale prosiła, żebyście się ładnie ubrali do kolacji. Będziecie mieć gości.
Pewnie znowu przyjdą ciocia Annabeth i wujek Percy albo Chejron.
- Jasne, będę na górze.
W salonie siedział Ciro robiąc za niańkę Bianki. Pozwolił jej nawet na powpinanie różowych spinek w swoje kędzierzawe, rude włosy. Wyglądało to, że tak powiem, niezbyt dobrze.
Na piętrze od samego wejścia dudnił metal. Mój starszy brat Merrick buntował się przeciw wszystkiemu, więc co tydzień była to inna muzyka. Najwyraźniej w tym tygodniu bardziej miał na pieńku z mamą.
- Ścisz to ! - wrzasnęłam, ale oczywiście nie posłuchał.
Mój pokój przypominał mi samej, taką złotą klatkę, z tym, że moja był biało - srebrno - niebieska. Każdy kąt służył do czego innego.
W jednym stało biurko z papaterią, w drugim stał telewizor na bladoniebieskiej szafce, wyściełana sofa i fotel z białym obiciem ;oba meble okryte kaszmirowymi narzutami Ralpha Laurena w kolorze kości słoniowej, którymi można było się okryć podczas oglądania telewizji. Kolejny kąt zaopatrzony był w kolekcję magazynów ułożonych tematycznie.
Rzuciłam beżową torbę pod biurko w stylu Ludwika XV, wpierw wyciągając z niej iPoda. Wsunęłam słuchawki w uszy i usiadłam na ławeczce wbudowanej w wykuszowe okno, z którego miałam widok na Central Park. Wsłuchałam się w pierwsze dźwięki 'Viva la vida' i modliłam się, żeby do wieczora coś się stało i żebym nie musiała iść na ten bal.
*****
Zasnęłam. Nawet nie wiem kiedy.
We śnie widziałam dziwacznego chłopaka.
Miał mleczną skórę, krótkie blond włosy i  najdziwniejsze oczy jakie widziałam. W życiu nie widziałam takiego koloru oczu.,
Staliśmy oboje na zielonej łące, niebo przypominało kamień w moim naszyjniku. Chłopak wyciągał do mnie dłoń, ale ja miałam nogi jak z ołowiu. Nie mogłam ruszyć się ani wprzód, ani w tył. On też nie mógł się ruszyć. Desperacko wyciągnęłam dłoń w jego kierunku, a on się odwrócił.
Nagle wszystko poszarzało. Trawa pod moimi stopami zamieniła się w popiół i rozsypała się.
Czułam, że spadam. Chciałam krzyczeć, ale nie mogłam. Jakby ktoś napchał mi waty do ust.
Wokół, lodowaty wiatr otchłani niósł zapach szałwii.
Wiedziałam, że chłopak spada tuż obok mnie, ale nie mogłam go dostrzec. Zdążyłam tylko usłyszeć, że woła ochrypłym głosem moje imię.
*****
Podczas kolacji nie mogłam skupić się na niczym innym, tylko w kółko rozpamiętywałam dziwny sen. Gmerałam widelcem w talerzu, a kiedy zdawało mi się, że nikt nie patrzył, zrzucałam kawałki kurczaka na podłogę, skąd błyskawicznie porywał je jeden z dwóch naszych psów. Mogłam to robić bezkarnie, bo nie było mamy. Pewnie nadal siedziała w biurze.
Tata dla odmiany pozwalał nam na wszystko.
Któregoś dnia, kiedy Merrick miał lepszy dzień (czytaj : nie negował wszystkiego), mój brat podzielił się ze mną przemyśleniem, że to pewnie dlatego, że jego własne dzieciństwo nie było za ciekawe.
Gdyby mnie na 70 lat zamrozili w czasie i potem pozbawili jedynej rodziny jaką miałam, aby kolejnie samotnie zwiedzać świat, za towarzystwo mając tylko bandę szkieletów, też nie katowałbym własnych dzieci zakazami.
Kiedy zauważył, że psy podejrzanie często podchodzą, a właściwie podbiegają do stołu, rzucił mi tylko spojrzenie ciemnych oczu i wrócił do rozmowy z Percym.
Za to kochałam moją rodzinę. Nie wtrącali się w moje życie, dawali swobodę w większości wyborów, ale w trudnych momentach mogłam na nich liczyć.
Bianka ganiała się z Ethanem wokół stołu, a Merrick nawet nie raczył zejść na dół.
- Możemy odejść od stołu ? - spytała Zoe, córka Annabeth i Percy'ego i jednocześnie moja najlepsza przyjaciółka.
Przyjaźniłyśmy się od zawsze. W naszym duecie to ona była tą ładną i popularną ;ja byłam kujonem. Nie żeby Zoe miała złe oceny, bo za to jej mama by ją zabiła. Po prostu ja od imprez wolę dobre książki i nawet lubię chodzić do szkoły.
Akademii Tate to nie dotyczy. Była pierwszą od 8 lat szkołą, z której nie wyrzucili mnie po roku nauki. Normalnie bym się z tego cieszyła, ale w Tate czułam się jak złota rybka w akwarium pełnym rekinów. I naturalnie obwiniałam o to rodziców.
Jeśli coś nam nie wychodziło to mogliśmy o to obwiniać bezkarnie dwie instytucje : rodziców albo greckich bogów.
Jako, że to nie bogowie wysłali mnie do tej durnej szkoły, obwiniałam o to mamę. Uparła się, żebym poszła do tej szkoły, tylko dlatego, że sama skończyła ją jakieś kilkadziesiąt lat wcześniej.  Chociaż Chejron zaproponował aby cała nasza trójka została na resztę roku na obozie. Ale nie. Bo przecież musiałam mieć tak dobre oceny, że przyjęto mnie bez mrugnięcia, mimo że wywalili mnie  z kilku poprzednich szkół.
Odpowiedziały jej tylko ciche chrząknięcia, które uznała za zgodę. Pociągnęła mnie na górę.
- Musisz pokazać mi tę kieckę.
Zoe od 3 tygodni nie potrafiła mówić o niczym innym, tylko o balu, choć następnego ranka miałyśmy jechać na obóz. Ja przeżyłam tylko dzięki tej drugiej myśli.
Padłam na materac łóżka, nie zaszczycając spojrzeniem sukni z sutą jedwabno-tiulową spódnicą i gorsetową górą zapinaną na perłowe guziki.
Był to częściowo mój projekt. Miałam talent do szycia i lubiłam to.
Ostatecznie suknię Zoe sama zaprojektowałam i uszyłam.
Była z aksamitu w głębokim odcieniu nocnego nieba ze srebrnym wykończeniem. Miała upamiętniać dziewczynę, po której moja przyjaciółka dostała imię. Łowczynię Artemidy, która zginęła by ratować rodziców Zoey.
Według mnie był to naprawdę ładny gest. Też chciałabym dostać imię po jakiejś wielkiej bohaterce, ale nie, moje imię było zwykłe, przypadkowe.
Olivia - co to w ogóle za imię ? W przedszkolu dzieciaki nazywały mnie Oliwką (nie tylko dlatego, że miałam fiksację na ten kolor. Może jednak różowy nie był takim złym pomysłem ?).
Kiedy w końcu założyłam śnieżnobiałą sukienkę, chmury nad moją głową zaczęły się rozwiewać. Była piękniejsza niż sądziłam.
Zoe zapięła guziki na plecach i w końcu odważyłam się spojrzeć w lustro.
Miałam wrażenie, że stała tam zupełnie obca osoba.
Nieznajoma w lustrze miała lśniące, orzechowe oczy i ciemne włosy splecione w prosty, elegancki warkocz. Czułam się jak zaczarowana.
- Ile jeszcze do północy ? - spytałam i obie się uśmiechnęłyśmy.
- Wystarczająco dużo, żebyś mogła oczarować całe miasto swoją osobą. - rozległ się nowy głos.
W otwartych drzwiach stała nowo przybyła kobieta.
Zawsze denerwowałam się odrobinę w towarzystwie tej chwilowo oficjalnej mamy.
Moja mama wcale nie była groźna, chyba, że dać jej do ręki miecz, albo inną broń i postawić w zagrożeniu jej bliskich. Ważyła jakieś 40 kilogramów, mierzyła 1,55 m i miała loki w kolorze ciemnego karmelu. Wyglądała na łagodną, ale wierzcie, nie chcielibyście z nią pracować.
Widziałam jak jej oczy tańczą na zmianę po kreacji mojej i Zoey. W końcu spojrzała mi w oczy i nieznacznie skinęła głową, z szerokim uśmiechem.
Zdałam !
*****
Jak kopciuszek miałam złotą karocę - nowojorską taksówkę.
Kiedy zatrzymała się przed hotelem, pośród tych wszystkich limuzyn, wysiadłam, trzymając spódnicę, i weszłam do wielkiego  westybulu. Umówiłam się z Zoe, że wejdziemy razem, ale ona już zniknęła wśród starszych, obłędnych dziewczyn ćmiących papierosy i chłopców jawnie pociągających ze srebrnych piersiówek.
Wejście na bal było nieco surrealistyczne. Zdecydowanie miało posmak poważniejszych przyjęć. Nagle poczułam się wrzucona pomiędzy dorosłych, gdzie stawki (i grzechy) są poważniejsze, dzieciaki żyją szybciej, a sceneria jest bardziej onieśmielająca. Spacerowanie po długim, wyłożonym chodnikiem korytarzu, było jak z filmu ''Dziewczyna w różowej sukience'', tylko, że moja sukienka była ładna. Ale czułam tę samą niepewność co Molly Ringwald.
Dostrzegłam Zoey, obejmowaną przez jej chłopaka Maxa.
Max był przystojnym dziwakiem, w dodatku był jednym z niewielu półbogów, których spotkałyśmy poza obozem.
Miał kasztanowe włosy, butelkowozielone oczy i coś, co przyciągało do niego ludzi i budziło zaufanie tak, że po kilku minutach rozmowy mógł napisać twoją biografię. Gdyby nie wystające przednie zęby, nic nie stałoby mu na drodze do zostania modelem.
Wolałam się do nich nie zbliżać. Kiedy byli obok siebie, Zoe włączał się jakiś dziwny tryb i nie widziała świata poza swoim chłopakiem.
Niech się bawią, nie potrzebuję ich.
Tuż zanim weszłam przez jedne z drzwi do skrzącej się sali balowej, dostrzegłam moje dwie osobiste nemezis : Whitney i Sophie.
Obie były idealnymi, pustymi blondynkami. Szefowały całej szkole, a kiedy nie chciałam zrobić tego czego mi nakazały, pardon, tego o co mnie 'poprosiły', powzięły sobie za życiowy cel zniszczenie mojego, i tak nie zbyt udanego życia.
Wygląd obu ociekał drogimi metkami i tak na oko tysiącami dolarów, co wcale im nie pomagało.
Od razu poznałam, że coś knują. Może przyjście tutaj okaże się jednym, wielkim błędem ? Miałam przeczucie, że stanie się coś poważnego.
*****
Chodziłam po sali balowej, udając, że szukam przyjaciół, ale czułam się bardzo samotna. To było takie wytworne przyjęcie, z dziesiątkami kwiatów i orkiestrą symfoniczną i byłoby tak fajnie być tu z przyjaciółmi. Zastanawiałam się, dlaczego w ogóle tu przyszłam. Czułam się jak ostatnia nieudacznica, trzymając się na uboczu i przypatrując wszystkiemu.
Grzecznie przeprosiłam kilku chłopaków, którzy próbowali namówić mnie na dołączenie do nich i pod pretekstem pójścia do łazienki, uciekłam jak najdalej z tamtego miejsca.
Stałam w kabinie przez pięć minut. Nigdy tak jak tego wieczoru nie chciałam wcisnąć przycisku szybkiego przewijania. Kiedy już miałam otworzyć drzwi i wyjść, usłyszałam jak śmiejąc się, wchodzą dwie dziewczyny.
- Kojarzysz tę Whitney z mojego klubu ? - spytała jedna.
- Whitney Blake ? Z Tate ?
- Tak. No więc ma zrobić jakiś wariacki numer stulecia jakiejś suce, której wszyscy nienawidzą w szkole, więc musimy się pośpieszyć.
- O krajst, bosko, ale czekaj, tylko położę trochę więcej Lip Vanila. Muszę mieć superusta jak Angelina, jeśli mam się obściskiwać z Merrickiem Vega. Wrócił z Choate i wygląda... mrrau.
- Mów do mnie jeszcze.Okej, jest dobrze. Lecimy.
Serce mi zamarło. Cholera, co ta Whitney kombinuje ? I... czy tamta panienka mówiła o obściskiwaniu się z moim bratem ?!
W zatłoczonej sali balowej huczało od muzyki, rozmów i śmiechu. Nie widziałam nikogo znajomego. Dostrzegłam grupkę dziewczyn z Chapin, które widywałam grające w lacrosse'a, ale nikogo tak naprawdę nie znałam.
Bycie ignorowanym na korytarzach Tate, to jedna sprawa - miejscowa potyczka. Ale rozkręcanie tego publicznie, na oczach wszystkich pozostałych szkół, ludzi z wyższych sfer i chłopaków, to już przegięcie.
I wówczas, po drugiej stronie sali, zauważyłam Whitney szepczącą z Sophie i dwójką innych chłopaków, których nie znałam.
Zastanawiałam się gdzie jest Zoe, Max i, o ile tamta pannica mówiła prawdę, Merrick.
To było idiotyczne, ale uznałam, że to równie zły moment by podejść do Whitney, jak każdy inny i położyć kres temu idiotycznemu zachowaniu, łącznie z tym co dziś knuła. W końcu byłam krew z krwi największych herosów XXI wieku.
W drodze do niej zostałam niemal wywrócona przez tłum ubranych w markowe ciuchy dziewczyn i ich towarzyszy z rozluźnionymi muszkami. Kiedy zbliżałam się do Whitney, zobaczyłam, jak wybałusza oczy i patrzy w prawo, gdzie przy barze stała Laura, najbardziej znienawidzona przez Blake'ówną osoba na świecie.
- Whitney - powiedziałam, zatrzymując się tuż przed nią - Co ty kombinujesz ? Właśnie usłyszałam...
- Olivia, odsuń się. - Sophie miała zaniepokojoną minę.
- Dlaczego ? Co wy obie planujecie ?
- Nie, nie ją ! - wrzasnęła Whitney najwyraźniej do kogoś za moimi plecami.
Bam ! Ktoś w gigantycznej brązowej papierowej torbie na głowie podbiegł do mnie, chwycił z tyłek, ścisnął i odbiegł. Odwróciłam się i zobaczyłam jak śmiejąc się, wybiega przez złocone drzwi. A potem zobaczyłam szeroko otwarte oczy wpatrzonych we mnie gości.
Spojrzałam na tył swojej sukienki w kolorze kości słoniowej, która teraz połyskiwała od czerwonej farby. Moja oszałamiająca suknia, wyglądała teraz jakbym dostała gigantycznego okresu. Zakręciło mi się w głowie. Odwróciłam się do Whitney, która wyglądała na zawstydzoną i przerażoną. Wśród stłumionych okrzyków, śmiechów, ,,cholera'' i ,,słodki Jezu'' zemdlałam.
Kiedy kilka sekund później z wolna odzyskiwałam przytomność, leżałam na podłodze. Max wachlował moją twarz, a Zoey próbowała się do kogoś dodzwonić, zapewne do mojej mamy. Chciałam krzyknąć, żeby tego nie robiła, ale nawet na to nie miałam siły. Sophie i Withney patrzyły na mnie, podobnie jak cała reszta gości, kelnerzy i orkiestra.
Spadajcie, olimpijscy sprinterzy. Schowajcie się, gazele. Żadne nogi nie poruszały się szybciej. Zanim zdołałam przetworzyć to co się stało, biegłam już przez westybul, rozpaczliwie chcą wydostać się na zewnątrz.
- Olive, zaczekaj ! - usłyszałam krzyk Zoe. Na dźwięk jej głosu, rakieta wewnątrz mnie przyśpieszyła prędkość moich stóp i w ciągu sekund wybiegłam przez obrotowe drzwi na ciepłe lipcowe powietrze, zatrzasnęłam za sobą drzwi taksówki i kazałam jechać taksiarzowi przed siebie. Gdy tylko samochód ruszył z piskiem, moje wycieńczone ciało zgięło się od szlochu.
~~~~~~
Taksówka jeździła po mieście a ja płakałam i płakałam.
W końcu poprosiłam, żeby zatrzymał się przed wejściem do Bryant Parku. Wysiadłam nie martwiąc się o rachunek. Mama się wścieknie i co z tego.
Moje życie towarzyskie upadło totalnie, moja cudowna sukienka była zniszczona w dodatku zaczynało padać. I niech mi ktoś powie, że życie na wysokim poziomie jest usłane różami, to przy pierwszej okazji przyozdobię jego głowę plikiem strzał.
Na szczęście było na tyle późno, że w parku nie było już ludzi.
Usiadłam przy fontannie.
Jeśli ktoś mnie zobaczy, przynajmniej będę mogła zrzucić winę na deszcz. Tylko co z sukienką ?
- Hej, stało się coś ? - usłyszałam melodyjny głos. Obróciłam się szybko, mając nadzieję, że nie dostrzegł zniszczonej sukienki. Przede mną stał... chłopak z mojego snu. Uśmiechał się delikatnie, uroczo.
- Nic. - mruknęłam.
- A jednak twoja suknia jest zniszczona. - Cholera, zauważył. - Mogę pomóc ?
Był taki nonszalancki; próbowałam przypomnieć sobie podstawy etykiety, które usiłowała mi wpoić mama, ale w głowie miałam totalną pustkę.
Zatopiłam się w oczach, których barwy nie umiałam nazwać. Stałam tak chyba z minutę i dopiero uświadomiłam sobie, że zadał mi pytanie.
-Ja, ee.. - Brawo Olivio, zrób z siebie idiotkę - Nie, myślę, że nie. Chyba, że wiesz gdzie o tej porze mogę znaleźć w miarę przyzwoitą sukienkę. - wypaliłam szybciej, niż zdążyłam zastanowić się nad tym co mówię.
Roześmiał się cicho. W ciemności błysnął jakiś metal. Nóż ? Świetnie, to będzie bardzo głupia, ale jednak piękna śmierć. Równie głupia jak ja i równie piękna co on. Usłyszałam dźwięk prutego materiału i nagle dół sukienki opadł.
Odskoczyłam od chłopaka jak oparzona. Czy on właśnie odciął dół mojej sukienki ? Spojrzałam w dół. To co zostało z szerokiej spódnicy, ledwo zakrywało moją pupę, czyli stałam przed boskim chłopakiem, zasadniczo pół naga.
- Co ty robisz ?! - wydarłam się na niego. Jakoś nie zrobiło to na nim wielkiego wrażenia.
- Przynajmniej nie masz już czerwonej plamy na tyłku. - odparł chłodno.
Rzeczywiście, większość czerwonej farby została na odciętym kawałku materiału. Podniosłam go z ziemi, przy okazji korzystając z szansy zlustrowania go od stóp do głów, bez gapienia się.
Czarne, skórzane wojskowe buty. Kto nosi takie buty w środku lata ? Najzwyklejsze jeansy, podkoszulek zespołu rockowego, którego nie znałam i czarny płaszcz.
Nic specjalnego, ale czułam bijącą od chłopaka aurę tajemnicy i dawnych czasów. Jakby z obrazów da Vinciego wyciągnęli jakiegoś księcia, ubrali go we współczesne ubrania i puścili na ulice Nowego Jorku.
- Więc, skoro Ci pomogłem, może zdradzisz swoje imię ?
- Olivia.
- Olivia, ocalenie. - westchnął głęboko.
Przeszliśmy drogę do ulicy, rozmawiając o różnych rzeczach. W tym chłopaku było coś takiego, że bardzo chętnie wyśpiewałam mu ostatni tydzień życia i wszystkie problemy. On za to mówił niewiele. Praktycznie tylko słuchał i wpatrywał się we mnie, jakby nie peszyło go ani trochę, że co chwila na niego zerkam.
Z dala usłyszałam niewyraźne wołania Zoey. Nie chciałam wracać do domu. Przypomniało mi się, że nawet nie znam imienia mojego wybawcy. Spytałam o nie.
Uśmiechnął się blado.
- Możesz mówić mi Dimitri.
Zoe była coraz bliżej.
- Spotkamy się jeszcze ?
- Może - mruknął - Szybciej niż myślisz.
Obróciłam się dosłownie na chwilę, żeby sprawdzić jak daleko jest moja przyjaciółka. Już mnie zauważyła. Biegła w moim kierunku tak szybko, jak tylko pozwalały jej na to 10-centymetrowe obcasy. Uścisnęła mnie mocno i uderzyła w głowę. Syknęłam z bólu.
- Gdzieś ty się włóczyła ? Wiesz jak się martwiliśmy ?! - Max kiwnął głową na potwierdzenie jej słów.
- Nic mi nie jest. - rozłożyłam ręce, żeby pokazać, że jestem w jednym kawałku. - Dimi... - urwałam. Nie było go. Zniknął. Stałam osłupiała
- Nie ważne. Jedziemy do domu.
*****
Po tym jak rodzice trochę się uspokoili, nie wspominając o tyłku pokrytym czerwoną farbą, poszłam wygotować się w wannie.
Zdążyłam zobaczyć tylko jak mama wyciąga Merricka za ucho z kuchni i zaczyna robić mu karczemną awanturę. Jakaś cząstka mnie nawet mu współczuła.
Chciałam zmyć nie tylko farbę, która przesiąkła przez sukienkę na nogi i pupę, ale też wszystkie ostatnie wydarzenia. Usunąć ze swojego życia nienawiść, podłość, niedojrzałość. Chciałam wysłać się w dorosłość, gdzie najlepsza przyjaciółka jest kwestią przeszłości, gdzie złe dziewczyny i współzawodnictwo, i ten wyścig szczurów nie istnieją. Ale czy one się kiedykolwiek kończą ?
Mogę nieustannie brać takie smutne kąpiele z pianą jak ta, mogę ciągle przeżywać takie chwile, w których pragnę, żeby moje problemy zniknęły jak te połyskujące bąbelki, żeby stres rozpłynął się jak skrawek mydła zagubiony na dnie wanny.
*****
Mój porcelanowy teren modlitewny został jednak najechany, kiedy rozległ się dźwięk dzwonka. Słyszałam jak mama rozmawia z portierem i wiedziałam, że mamy gości. Uch.
Wyciągnęłam korek z wanny i w nadziei na spokojne dochodzenie do siebie założyłam szlafrok. Kiedy wyszłam z mokrymi włosami i z twarzą nadal wilgotną od wody i łez, w salonie zastałam Whitney i Sophie z równie mokrymi twarzami. Poza nimi w salonie byłam tylko ja.
Mimo zamglonych oczu i jąkania, zdołałam zapytać, co tu robią. Obie zalały mnie skruszonym szlochem.
- Olivio, tak nam strasznie przykro, że znalazłaś się w samym środku. - Whitney łkała konwulsyjnie.
- Nie mogę uwierzyć w całą tę bzdurę. - Sophie wycierała oczy. - Przepraszam, że się tak idiotycznie zachowywałam. Nie wiem, co sobie myślałam. - płakała - Czuję się okropnie.
- Ja też. - dodała Whit - Nigdy nie chciałam, żeby tak się stało.
Z jakiegoś powodu nie poczułam się przez to lepiej. Skinęłam głową i zmusiłam się do uśmiechu wdzięczności, że przyszły, ale ich przeprosiny nie pomogły mi pozbyć się mdłości, jakie odczuwałam. Byłam zbyt zszokowana, żeby się odezwać. Sam ich widok w moim salonie, po tym przytłaczającym koszmarze, jaki przez nie przeszłam, to było zbyt wiele.
- Olivia ! Proszę, wysłuchaj nas ! - łkała Sophie.
- Co ? - krzyknęłam, a siła mojego głosu zaskoczyła nawet mnie. - Czego ode mnie chcecie ?
- Tak mi przykro ! - płakała Whitney - Nie chciałam, żeby to spotkało ciebie.
- Przepraszam ! - Sophie płakała teraz jeszcze bardziej niż Whitney - Nigdy nie chciałam cię skrzywdzić Olivio!
Widziałam jak rodzice zerkają z piętra. Nie widzieli takiego dramatu od czasu ostatniej wigilii. (długa historia). To była niezła scena.
Oto ja, wyglądająca jak zmokły szczur i dwie łkające dziewczyny, w strojach wyjściowych, ze spływającym po policzkach Maybelline, zgromadzone wokół mnie.
Ta sama klika co zwykle, przesiąknięta kłótniami, gniewem i zranionymi uczuciami. Zwłaszcza moimi.
Wzięłam głęboki oddech.
- Wy dwie jesteście odrażające. Jesteście żałosne. Zobaczyłam jakie jesteście naprawdę, jakie są wasze prawdziwe barwy - a są gorsze niż zielononiebieski, łososiowy i fioletowo-brązowy. Nie mogę na was patrzeć.
- To był wypadek - szlochała Sophie, błagając, żebym ją wysłuchała, ale ją ignorowałam.
- Proszę, wyjdźcie obie. - Stały oniemiałe i cicho pochlipujące - Dobra - ciągnęłam. - Jeśli wy nie wychodzicie, to ja to zrobię.
Odwróciłam się, wbiegłam po schodach do swojego pokoju, zamknęłam drzwi i ryknęłam w poduszkę.
*****
Mówią, że nawet po największej burzy wyjdzie słońce. Albo, że nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło.
Ale ja nie widziałam przebłysków słońca w ogromnej burzowej chmurze, z której jak dotąd ulewnie padało na mój pierwszy dzień wakacji.
Choć przynajmniej miałam wyrozumiałą rodzinę, która nie próbowała dociekać co się stało. Rozumieli, że chciałam być teraz sama.
Przychodzili tylko co jakiś czas, żeby poinformować mnie, że dzwoniła Whitney albo Sophie, ale nie odbierałam ich telefonów.
Koło trzeciej ktoś zapukał i cicho wsunął się do mojego pokoju.
- Whitney znowu dzwoniła. - powiedziała mama, siadając na skraju mojego łóżka.
- Nie rozmawiam z nią.
- Chce tylko, żebyś wiedziała, że wyjeżdża jutro na Barbados i zadzwoni do Ciebie, kiedy wróci.
- Świetnie, niech robi co chce. Może dzwonić, ale nie będę z nią rozmawiać.
- Nie winię Cię. - Mama odgarnęła mi kosmyk włosów z twarzy.
- Mamo, dlaczego liceum to tygiel zła ? - zapytałam.
Mama splotła ręce i spojrzała w sufit, namyślając się. Rodzice zawsze poważnie traktowali moje pytania i nigdy nie zbywali mnie lekceważącą odpowiedzią.
- Chcesz znać moją teorię ? - zapytała w końcu. - Sądzę, że to dlatego, że nastolatki nie są wystarczająco dużo przytulane. Dzieci otrzymują mnóstwo uścisków i buziaków, dorośli w romantycznych związkach podobnie. Ale nastolatki... są nieco dotykofobowe. Po prostu nie lubią być dotykane. Nie są do tego przyzwyczajone. Przytulenie potrafi być bardzo skutecznym balsamem emocjonalnym.
- Hm, słuszna uwaga. No, bo nie obejmujemy się z dziewczynami, a gdybyśmy obejmowały się z chłopakami, to byśmy miały nie najlepszą opinię, a obejmowanie rodziców jest obciachowe. Chyba jesteś na tropie czegoś ważnego, mamo.
- Więc mogę Cię przytulić ? - uśmiechnęła się.
- Jasne.
Przytulałyśmy się naprawdę długo. Jestem pewna, że moje 'koleżanki' powiedziałyby, że to głupie, ale miałam to gdzieś.
- Nie martw się o mnie, mamo. Dam sobie radę.
- Och, nie martwię się o Ciebie. - powiedziała, wstając. - Nigdy się o Ciebie nie martwiłam. Jesteś uzbrojona we wszystkie dobre cechy potrzebne do radzenia sobie ze światem, Olivio. To coś, czego przywileje nie mogą kupić.
Krajst, uwielbiam moich rodziców. A to coś, czego Sophie i Whitney zdecydowanie nie mogą powiedzieć.

Prolog, czyli Witajcie.

Wszyscy chyba znacie przygody Percy'ego Jacksona, prawda ?
Ci którzy je znają na pewną chcą być tacy jak on.
Chcecie walczyć z potworami, zdobywać sztandar, mieć przyjaciół na Obozie Herosów, wyruszać na misje z przepowiednią od Rachel ?
Wierzcie mi. NIE CHCECIE.
Kim jestem, żeby wam to mówić ?
Nazywam się Olivia, i tak się składa, że Percy Jackson jest przyjacielem moich rodziców. Moja mama towarzyszyła jemu, cioci Annabeth i reszcie naszej tak zwanej 'rodziny'. Mój ojciec też jest półbogiem, synem Hadesa.
Mam dwójkę rodzeństwa : Biankę i Merricka. Mieszkamy w obłędnym apartamencie na rogu Siedemdziesiątej Pierwszej i Park Avenue. Każde z nas chodzi do prywatnej szkoły, w której za semestralne czesne można utrzymać średnią amerykańską rodzinę.
Jestem szczęśliwa ?
Absolutnie i kategorycznie nie!
Dlaczego ?
Długa historia.
Jeśli chcecie, to posłuchajcie.
Olivia di Angelo